Joanna Szczepkowska

Joanna Szczepkowska – ur. 1953, aktorka, pisarka, publicystka. Córka aktora, Andrzeja Szczepkowskiego, wnuczka Jana Parandowskiego, pisarza i erudyty. Już u progu drogi artystycznej ogromną popularność przyniosły jej brawurowe role w Teatrze Telewizji. Przez lata związana ze scenami warszawskimi, kolejno – Teatru Współczesnego, Teatru Polskiego, Teatru Powszechnego i Teatru Dramatycznego. W 2010 roku przez krótki okres prezes Związku Artystów Scen Polskich, którą to godność pełnił również kilka dekad wcześniej ojciec aktorki. Autorka kilkunastu książek – opowiadań, powieści, felietonów. Laureatka wielu nagród i odznaczeń. Ostatnio, w 2017, nagrody aktorskiej na Festiwalu Polskiego Radia i Teatru Telewizji Polskiej Dwa Teatry, za rolę w autorskim monodramie Goła Baba. Wiele ról filmowych. Najnowsza – w komedii Juliusza Machulskiego Volta.

 

W Radziejowicach nie ma rzeczy niemożliwych

 

Okazuje się, że pani maluje…

Przez lata to była tylko moja pasja  a teraz przerodziła się w teren artystycznego istnienia. Miałam już kilka  wystaw. W Warszawie, w Kielcach  i w Krakowie.

Co pani maluje?

Głównie ludzi. W moich pierwszych felietonach, dawno temu, opisywałam ludzi z ulicy. I takie są właśnie moje obrazy. Starsza pani patrząca przez okno współczesnego miasta; skrzypek, który wyrzuca skrzypce do kosza.

Dlaczego wyrzuca?

Napisałam kiedyś wiersz o skrzypku, który wyrzuca skrzypce. Mamy pewien problem z odbiorcami sztuki wysokiej…

Nie chcą odbierać?

Nie mają czasu.. Sztuka jest dzisiaj szybka jak każdy przechodzień.

W Radziejowicach sztuka należy do kręgu potrzeb elementarnych…

Tak, to jest miejsce szczególne. Elitarne, jak to pałac, ale zarazem wszyscy mogą z niego korzystać, zarówno z urody pałacu i parku, jak i z wydarzeń artystycznych, jakie tam się odbywają.  Kiedy wystawiałam Ballady Mickiewicza podejrzałam, jak to funkcjonuje od strony organizacyjnej. Tu nie ma rzeczy niemożliwych!

Jak dawno Radziejowice są obecne w pani życiu?

Od najwcześniejszego dzieciństwa spędzałam wiele czasu w domach pracy twórczej, do których zabierał mnie mój dziadek, Jan Parandowski. Poza Radziejowicami były to przede wszystkim Obory i Nieborów. Te pałace w pewien sposób stopiły się w moich dziecięcych wspomnieniach, tak że nie umiem powiedzieć, kiedy i gdzie byłam w jakim momencie. Koło się teraz właśnie zamyka. Ostatnio przyjeżdżam do Radziejowic z moją wnuczką, sześcioletnią Zosią. Dla Zosi, tak jak wtedy dla mnie, kiedy podróżowałam z dziadkiem, też staje się oczywiste, że przebywa w pałacu. Zosia się temu nie dziwi…

No, i nie dziwi się też rzeczy jeszcze bardziej zdumiewającej; że ma za babcię Joannę Szczepkowską!

Jest coś w tym, co pan mówi. Wiele osób zwraca uwagę na to, że rola babci do mnie nie pasuje. Ale nie dlatego, że jakoś szczególnie młodo wyglądam, tylko dlatego, że jak się spotykam z Zosią, to mam poczucie mentalnej wspólnoty pokolenia z nią. Że ja też mam sześć lat. Raczej więc nie mówię moja wnuczka Zosia,tylko – nasza Zosia.
Tak, że nie jestem pewna, kiedy byłam tu po raz pierwszy. Na pewno natomiast przyjeżdżałam do Radziejowic już jako aktorka. Pamiętam mój zachwyt tymi komnatami, w których można było ot tak, po prostu, mieszkać. Tak mi się szczęśliwie trafiło, że oddano mi wówczas do dyspozycji pokój w zamku. W korytarzu, który do niego  prowadzi stała (i stoi do dziś) rycerska zbroja.
Ostatnio, moim ulubionym miejscem w Radziejowicach jest Arka Józefa Wilkonia. To miejsce, którym Zosia, moja wnuczka, jest absolutnie oczarowana od pierwszych swoich kroków. Tam jest nasze państwo, tam są nasze zabawy. Zosia zna każde zwierzę z Arki. I to jest miejsce, które zostanie jej na zawsze w pamięci i mam nadzieję, że będzie tam prowadziła swoje dzieci.
Nadal zachwyca mnie rozmach Radziejowic. Także  to, że wszystko jest tu idealnie utrzymane. Dobrze znam całą obsługę – recepcjonistki, kelnerów, kelnerki. Dzięki nim czuję się tam jak w domu. A dyrektora Bogumiła Mrówczyńskiego znam już prawie czterdzieści lat! To świetny organizator, a przy tym człowiek niesłychanej wręcz skromności.

Prosił mnie, żebym delikatnie zapytał panią o młyn…

No, tak. Mam jedno wspólne marzenie z dyrektorem Mrówczyńskim. Otóż zwróciłam uwagę na fragmenty pięknego młyna, nieopodal pałacu. Stan młyna pozostaje jednak w dużym kontraście z wypielęgnowanym pałacem. Zaglądałam tam przez ogrodzenie, któregoś razu otworzyłam furtkę i weszłam do środka. Nie było nikogo. Chodziłam codziennie, aż w końcu natknęłam się na właściciela. Okazało się, że ten pan nie ma ani pieniędzy, ani pomysłu na to, co z młynem zrobić. Natomiast w żadnym wypadku nie chce go ani sprzedać, ani oddać, ani wynająć. Ma do młyna ogromne sentymentalny stosunek i jakieś niekreślone idee. A rzecz wymaga najwyraźniej już teraz pilnych i dużych remontów. Odbyłam z tym panem wstępną rozmowę, która pozwoli na to, co dotąd było niemożliwe. To znaczy na rozmowy dyrekcji pałacu z właścicielem młyna. Byłoby znakomicie, gdyby można było ten zabytkowy obiekt podłączyć pod dotacje, z których korzysta pałac.  Postanowiłam, że będzie to mój wspólny cel z dyrektorem Mrówczyńskim.
A co do samego pana Bogumiła Mrówczyńskiego; przez lata był moim dyrektorem w Teatrze Polskim. Kazimierz Dejmek był dyrektorem naczelnym teatru, a pan Mrówczyński – administracyjnym. To są czasy teatralne, które wspominam jak najlepiej.

Nie ma w tym masochizmu? Mówi się, że Dejmek bywał wobec aktorów, powiedzmy… dosyć szorstki.

Tak, ale nie było w tym nic sztucznego. Nie symulował zdenerwowania po to, aby nas, aktorów, zdenerwować. Widziałam, że się denerwuje, ale dlatego, że coś nie idzie. Nie  było w tym dążenia do władzy nad aktorem, które tak bardzo przeszkadza mi u niektórych reżyserów. W przypadku Dejmka to było napięcie twórcze, może nawet – twórcza furia, ale ufałam mu. I miałam do tego podstawy. Taki przykład: próbowaliśmy Lorda Clavertona T.S. Eliota. Rzecz dzieje się w wyższych sferach. Grałam córkę Lorda. Przygotowując się do roli naoglądałam się filmów z Audrey Hepburn. Na pierwszej próbie sytuacyjnej wchodzę na scenę. Dejmek kręci nosem:
Co mi pani tu jakąś Audrey Hepburn odstawia?!
A przecież nie miał prawa wiedzieć, co w domu oglądam! Zdumiona pytam:
Skąd pan wie?
Na to Dejmek:
A bo pani jakoś tak gra na długich mięśniach… Że jak arystokratka to od raz szyja wyciągnięta…
Niesamowite! I takie uwagi, choć może mocne, ale są zdrowe, rozwijają.

A jakie nie rozwijają?

Takie, które służą tylko pokazaniu władzy a nie temu, żeby spektakl wyszedł dobrze. Jestem na to szczególnie wyczulona

Wracając do Radziejowic. Podobno przyjeżdża tu pani publicznym autobusem.

Nie prowadzę samochodu, uważam że się do tego nie nadaję i chętnie korzystam z takiej komunikacji. Czasem, kiedy się śpieszę, jadę z zaprzyjaźnionym miejscowym taksówkarzem. Ale jak mam czas, wybieram autobus. Nie tylko do Radziejowic. Jestem podróżniczką. Uwielbiam jeździć pekaesami, pociągami a najchętniej na piechotę. No ale do Radziejowic się nie da .

A już w samych Radziejowicach, pani rzeczywiście pracuje twórczo?

Napisałam tutaj część mojej pierwszej książki Fragmenty z życia lustra i wiele felietonów. Pisałam też tu część książki Zagrać Marię. To jest książka, którą pisałam najszybciej, bo musiałam zdążyć przed produkcją filmu o Marii Skłodowskiej-Curie, który miał mi zabrać część pomysłów. I żeby ją dokończyć, nie mając domu na głowie, wyjechałam do Radziejowic. Dla mnie jest tam idealnie, jeśli chodzi o warunki do skupienia. W ogóle to miejsce świetne dla ludzi, którzy lubią się wyciszyć. Jest piękny spokój.

Właśnie niedawno słyszałem narzekania, że się w Radziejowicach nie sposób wyciszyć, ponieważ zza każdego krzaku wypełzają znajomi…

O, to sprawa wyboru. Trzeba mieć swoje drogi, swoje szlaki i wiedzieć o jakich godzinach iść, żeby można było z tej samotności skorzystać. Wiele osób się przechadza, a ja chodzę dosyć szybko i to mi gwarantuje samotność.

A jeśli już dogoni panią jakiś znajomy, to z kim z Radziejowic najchętniej będzie pani szybko chodziła?

Jestem trudna w takich relacjach, bo rzeczywiście emanuję potrzebą wyciszenia. Zdarza się, że z kimś po śniadaniu czy po obiedzie przez chwilę sobie gadamy. Ale taką osobą, z którą przebywam najczęściej jest Maciej Prus.

To tak jak ja.

O, widzi pan! Znamy się od lat, bliski jest mi i on, i jego życie, i jego pies. Mój prawie  debiut, bo drugi spektakl, w którym grałam, to był Wiśniowy sad Czechowa w reżyserii Maćka z Haliną Mikołajską. A teraz, jeśli Maciek jest w Radziejowicach, spędzamy dużo czasu razem i wtedy trudno mi cokolwiek napisać czy nawet o czymkolwiek pomyśleć. Maciej opowiada, ironizuje, tak fascynująco, ze tylko słucham. Kiedy właśnie w Radziejowicach mówiłam Ballady Mickiewicza to w czasie prób uciekałam od Macieja, żeby się skupić,

Pamiętam ten wieczór. I to jak wszyscy czekaliśmy na pani występ. A potem załamanie pogody…

Niestety padał deszcz, przenieśliśmy się pod dach. I to już było nie to. Niedawno mówiłam Ballady na Roztoczu, w plenerze nad wodą, po raz kolejny przekonałam się, że to w plenerze jest całkiem co innego.

Poza Arką i młynem są jeszcze jakieś ważne dla pani miejsca w Radziejowicach?

Tak. W tej chwili stoją tam rzeźby Gustawa Zemły upamiętniające mord z 1944 roku. Przejmujące miejsce, o którym mi opowiedział pan dyrektor Mrówczyński, które odkrył dla publicznego istnienia. Zawsze tamtędy przechodzę, i kiedy jeszcze nie wiedziałam o zbrodni, wpatrywałam się w mokradła, i to było dla mnie uroczysko. Tymczasem, teraz, kiedy już o tym wiem, zawsze przystaję i próbuję być myślami z tymi ludźmi, którzy tam zostali zamordowani. Jest to dla mnie miejsce bardzo ważne, miejsce przystanku.

Przyjeżdża pani do Radziejowic, aby pisać. To jest w ogóle dość niesłychane zjawisko, pani pisarstwo. Czytelnik nie ma poczucia, że to rzeczy napisane na marginesie jakiejś innej działalności. To solidna, błyskotliwa literatura. Jak to się stało, że została pani pisarką?

Wymyślałam opowiadania jeszcze zanim nauczyłam się stawiać litery. Na użytek moich kolegów wymyśliłam, że mam starszego brata. I ten brat był, uwaga: pilotem lotnictwa podziemnego! Dlatego tak rzadko bywał w domu. Wymyślałam historie o nim. W oczach moich kolegów stawał się coraz bardziej realny. Także wtedy, nie umiejąc jeszcze pisać, układałam wierszyki. Taki na przykład:
Powiedz, gwiazdko moja miła
Gdzieżeś się tak wybieliła
Czy cię  pomalował malarz
Skądże farbę taką znalazł
Jak tak śmiesznie cię podświecił
Że zabawiasz wszystkie dzieci
Oj, nie malarz mnie malował
Tylko mróz mnie narysował
Jak widać dużo czytano mi wierszy Brzechwy; rosłam wraz z tym rytmem. Zdarzały mi się zawsze krótkie natchnienia literackie. Na przykład już w szkole, gdy miałam dwanaście a może trzynaście lat, w trakcie lekcji matematyki, spadł na mnie nie wiadomo skąd fragment poematu.
A gdyby Rasmus miał włosy mniej krótkie
To chyba sobie bym pomyślał znowu
Usta jak róże, oczy niezabudki
Toż to nie chłopak, ale białogłowa
Wśród traw zielonych na łące leży
I nos znów w kielich wkładać zaczyna
Ale nie w taki, w który należy
Bo w ten od kwiatów, a nie – od wina
Nie wiem co było przedtem, a co potem. Nie wiem, kim jest Rasmus. Zdaje się, że on jest homoseksualny, skoro zachowuje się jak białogłowa. Zapisałam to, bo to było bardzo silne. Taki rodzaj krótkich natchnień literackich miałam zawsze. A cofając się do wierszyka o gwiazdce: mama przepisała i dała dziadkowi. Potem, na każde imieniny, na Jana, przynosiłam mu wiersz. Dziadek zamykał się z nim w gabinecie. Kiedyś oznajmił będziesz pisała…
Po latach, gdy zdawałam do szkoły teatralnej, dziadek wziął mnie na poważną rozmowę. Nie możesz iść do tej szkoły. Jak kiedyś będziesz pisała, zabraknie ci normalnego wykształcenia. Bardzo się przejął , kiedy  jednak poszłam do szkoły teatralnej. Ale ja bardzo tego chciałam. Miałam naturalną potrzebę zamieniania się w kogoś innego. Dzisiaj ze słowem aktorka kojarzy się sława, a mnie i wtedy, i teraz chodziło o to, aby móc wcielić się w jakąś inną osobę niż ja. Już jako dziecko nie bawiłam się lalkami, tylko bawiłam się sobą.

A jednak wróciła pani do pisania…

Nie musiałam wracać. Pisałam zawsze. Tyle, że przez pierwsze piętnaście lat aktorstwa pisałam do szuflady. Potem zaproponowano mi felietony w Gońcu Teatralnym. Okazało się, że są czytane, czyli list doszedł. Później, gdy ekipa Gońca tworzyła Wysokie Obcasy, zaczęłam pisać tam felietony, ale już inne, takie obrazki, małe opowiadania. To z kolei zainteresowało Wydawnictwo Literackie, które zachęciło mnie do napisania pierwszej książki; Fragmenty z życia lustra to rzecz, którą pisałam przez lata, po kawałeczku. A potem były następne książki, felietony w innych gazetach. Teraz piszę w Plusie-Minusie, sobotnim dodatku Rzeczpospolitej. I są to teksty raczej  polityczne. Otwarcie mówię o tym, co mnie niepokoi. I nie interesuje mnie czy to jest korzystne dla prawej czy lewej strony. Trzeba dawać znaki, świadczyć o swoim niepokoju bez względu na konsekwencje. A one są poważne i nieprzewidywalne. Na szczęście nawet od nich można odpocząć w Radziejowicach.

 

Gabriel Michalik

Radziejowice, Listopad 2017

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress