Marian Konieczny

Marian Konieczny – rzeźbiarz, profesor sztuk pięknych. Urodzony 13 stycznia 1930 w Jasionowie k. Brzozowa. Studia artystyczne: Akademia Sztuk Pięknych w Krakowie, dyplom u prof. X. Dunikowskiego 1954, studia aspiranckie w Instytucie l.E.Repina Akademii Sztuk Pięknych ZSRR w Leningradzie 1954-1958 u prof. M.A.Kerzina.
Od 1958 pracownik dydaktyczno pedagogiczny Wydziału Rzeźby krakowskiej ASP. W latach 1972-1981 rektor Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.

Udział w konkursach na projekty pomników od 1949 roku – Liczne nagrody i wyróżnienia m. in.: I nagroda w konkursie na projekt pomnika „Bohaterom Warszawy – Nike Warszawska” 1959, honorowy członek Akademii Sztuk Pięknych Rosyjskiej Federacji, Nagroda Indywidualna I stopnia 1966, Krzyż Komandorski i Oficerski Orderu Odrodzenia Polski.

O rzeźbie pomnikowej, lotnej wyobraźni i przyziemnej materii, a przede wszystkim o Radziejowicach, z profesorem Marianem Koniecznym, wieloletnim rektorem krakowskiej ASP, twórcą m.in. Nike Warszawskiej rozmawia Gabriel Michalik.

 

 

Synteza mitu

 Najpierw słychać donośne stukanie w parkiet, na ucho sądząc – jest to coś w rodzaju kołatki. Stukanie przybliża się, nagle cichnie. Otwierają się drzwi do sali kominkowej pałacu w Radziejowicach…


Fantastyczne ma pan buty, panie profesorze!

To są zwykłe drewniaki, tyle, że pomalowane świątecznie, na złoto. W pracowni mam różne kolory…

Lubi pan Radziejowice?

Znam ten pałac już ponad pół wieku.  Różne przygody się tu miewało…

O, przygody! Jakie?

No, wie pan, przygody, jak to przygody, intymne… śmiech

Od lat już spędzamy tu z żoną każde Boże Narodzenie i Sylwestra oraz czasem święta Wielkiej Nocy.

Zadomowił się pan…

Dawno temu. W latach sześćdziesiątych Ministerstwo Kultury („i Sztuki” – jak się dawniej dodawało) urządzało w Radziejowicach wspólne narady dla kadry szkół artystycznych. A że ja mam za sobą karierę akademicką, a wówczas byłem dziekanem, więc i mnie zapraszano. Spotykaliśmy się tu z kolegami reprezentującymi najróżniejsze dziedziny; sztuki plastyczne, muzyczne, teatr; jednym słowem: całe szkolnictwo artystyczne. Było to niezwykle sympatyczne wiązanie nas wzajem ze sobą, okazja do zawarcia znajomości, wymiany doświadczeń, zarówno dydaktycznych, jak i twórczych. Tu właśnie poznawali się ludzie, którzy często przypadali sobie do gustu i spotykali się już nie tylko w Radziejowicach. Jedną z takich osób był dla mnie Wojciech Siemion. Znajomość szybko nabrała prywatnego charakteru, polubiliśmy się. Siemion był bardzo bezpośredni. Spędzaliśmy razem Sylwestry. Na któryś jubileusz zrobiłem Siemionowi medal pamiątkowy. A tu, w Radziejowicach został portret Wojtka, popiersie mojego autorstwa, odlane w brązie. Siemion wpadał do mnie do Krakowa. Ostatni raz widzieliśmy się wiosną 2010 roku, tuż przed jego tragiczną śmiercią.

Przez te wszystkie lata pałac zmieniał się i to na lepsze. Obecnie, pod rządami dyrektora Bogumiła Mrówczyńskiego, jest to już nie tylko miejsce wypoczynku i spotkań artystów, ale przede wszystkim ośrodek kultury kształtujący gusty, kształcący – rzecz można – publiczność i to przecież daleko nie – lokalną, a nawet nie tylko polską.

Następną, po popiersiu Wojciecha Siemiona, pana pracą, którą można obejrzeć w pałacu jest statuetka Józefa Chełmońskiego.

Od kilku lat Fundacja im. Józefa Chełmońskiego wręcza tę statuetkę, to znaczy kolejne odlewy, jako nagrodę im. Chełmońskiego. Grono laureatów jest bardzo zacne: Józef Szajna, Janusz Olejniczak, Krzysztof Penderecki, Andrzej Rottermund. Ostatnio jakoś ciszej stało się o tej nagrodzie. Mam jednak nadzieję, że Fundacja powróci do jej przyznawania.

Ta statuetka to miniatura pańskiego pomnika Chełmońskiego, który stanął w nieodległym Grodzisku Mazowieckim.

Tak. Zaprosił mnie do Grodziska burmistrz tego miasta, pan Grzegorz Benedykciński. Wprawdzie Chełmoński nie był szczególnie związany z samym Grodziskiem, no ale przecież Radziejowice, Kuklówka i Grodzisk to bliskie sąsiedztwo, tak że ten pomnik jest tam, jak najbardziej, na miejscu.

Na deptaku prowadzącym od stacji kolei wiedeńskiej. Chełmoński wyszedł z pociągu i zmierza w stronę Kuklówki…

Tak to sobie mniej więcej wyobraziłem. Lubię ten pomnik, chociaż mam pewien żal do miejskich architektów o cokół. Za niski! Chciałem, aby Chełmoński górował nad deptakiem. Ponadto liternictwo na cokole jest nieodpowiednie. Ale cóż, to są zawsze kompromisy.

Znane były Pana starania o postawienie Nike Warszawskiej, po przeprowadzce, na wyższym cokole. Zaplanowano cokół niewielki, raptem sześciometrowy; pan proponował dwadzieścia metrów. Kompromis opiewał na czternaście metrów. I na takim cokole Nike stanęła.

Dzieje tego pomnika od samego początku związane są z kompromisem. W pierwotnym zamyśle Nike była tylko częścią o wiele większej kompozycji, ale premier Cyrankiewicz zrobił mi korektę.

Jak to?

Całość rzeźbiarsko-architektoniczną stanowiło zagospodarowanie znacznej części Placu Teatralnego. Pomnik składał się z układu schodów i idących w dół murów oporowych. Te mury mijały się, komponowały przestrzeń, przywodząc na myśl barykady powstańcze. Nad nimi miała górować Nike, jako – że tak powiem –  powiewający sztandar. Z tym projektem wygrałem konkurs. Nie przyznawano ani pierwszej, ani drugiej nagrody, było dziesięć nagród równorzędnych, no ale i szczególne wyróżnienie – skierowanie do realizacji. Jury wybrało właśnie mój projekt, po czym zaprosił mnie do siebie premier Cyrankiewicz na poważną rozmowę.

Żeby sprawę delikatnie załatwić i pomnika jednak nie stawiać… Prawda?

Cyrankiewicz mówi: „Panie profesorze…” (miałem trzydzieści lat, wprawdzie byłem już adiunktem, no ale jednak nie – profesorem), odpowiadam: „dziękuję za nominację”. A Cyrankiewicz na to: „no, a jak się mam do pana zwracać?! Przecież na pewno zostanie pan profesorem!”.  I kontynuował: „Panie profesorze, zrobił pan projekt, który staje się największym pomnikiem Warszawy. Co tam Warszawy? Największym pomnikiem w całej Polsce!” I dodaje: „My, panie profesorze, tego pomnika nie chcemy.”

Ale jednak Nike powstała…

Publiczna zbiórka na pomnik przyniosła ponad siedem milionów złotych. To były wówczas ogromne pieniądze. Nie sposób było zignorować ofiarności społeczeństwa. Przeciwnicy pomnika domagali się, aby tę kwotę wydatkować na cel praktyczny. Trwała akcja budowy tysiąca szkół dla uczczenia tysiąclecia Polski. Sugerowano, żeby zbudować szkołę i nazwać ją imieniem Powstańców Warszawy.

A Cyrankiewicz jednak opowiedział się za pomnikiem?

Rzekł tak: „Powstanie Warszawskie było niepotrzebne. Ale skoro ludzie ginęli, a teraz zebrano te pieniądze, to coś należy zrobić. Trzeba dać pewien wyraz tej tragedii. Pomnik będzie, ale wie pan… nie za duży. Wystarczy ta jedna rzeźba…” No i nie jest to jednoznacznie tylko pomnik Powstańców Warszawskich, upamiętnia bowiem także uczestników powstania w Getcie oraz kampanii wrześniowej i innych walk. Nosi tytuł Bohaterom Warszawy.

Okazuje się, że z artstycznego punktu widzenia Cyrankiewicz podjął ze wszech miar trafną decyzję! Uratował Nike. Jej postać roztopiłaby się w tym wszystkim, co zaplanowałem wokół. A stojąc samotnie, okazała się czytelnym symbolem Warszawy.

Dlaczego właśnie Nike?

Zagadnieniem do przedstawienia było Powstanie Warszawskie. Rzeźbą tego nie da się opowiedzieć. Trzeba szukać wyrazu. I to takiego wyrazu, który by odpowiadał treści całej historii i wpadał w pamięć. To zresztą jest w ogóle mój pogląd na temat rzeźby pomnikowej: pomnik ma stanowić znak. Musi być wyrazisty i łatwy do zapamiętania.

Wyobraziłem sobie, że w ruinach leży kobieta, a może – Syrena, z mieczem. Leżała.  Podnosiłem ją i podnosiłem, aż oderwała od ziemi rękę i wyszedł w tym pewien krzyk.

A dlaczego Powstanie Warszawskie?

Był konkurs. Niemal wszystkie moje rzeźby pomnikowe powstały w podobnych okolicznościach: rozpisano konkurs na projekt pomnika, zgłosiłem się i wygrałem. Zawsze brałem udział w konkursach. Jest w nich pewien dreszczyk rywalizacji, który bardzo lubię. Tak było z Leninem w Nowej Hucie…

Dobrze, że pan pierwszy powiedział o tym pomniku. Tak miło się z panem profesorem rozmawia, że gdybym to ja przywołał postać Lenina, czułbym, że popełniam faux pas.

Dlaczego?! Wygrałem konkurs, w którym wystartowało ponad siedemdziesięciu rzeźbiarzy…

Kto wziął udział?

Łatwiej by było powiedzieć: kto – nie wziął.

Na prawdę każdy chciał mieć Włodzimierza Ilicza w – jak to się dzisiaj mówi – portfolio?

Najwybitniejsi rzeźbiarze, proszę pana! Wygrałem ja. A że spędziłem kilka lat w Leningradzie, czyli wcześniej i później – Sankt Petersburgu, spacerowałem nad Newą, to i tego Lenina wyobraziłem sobie podczas spaceru nad tą właśnie rzeką. Idzie, zamyślony. Dodawałem potem, że „idzie, jak pochód jego idei przez świat”. Ładnie to brzmi. Nie?

Bo ja wiem…

Racja. Idee się załamały…

Czy pan w  nie wierzył?

No aż tak, że wierzyłem, to bym nie powiedział. Te idee przecież są nieżyciowe, sprzeczne z ludzką naturą. „Każdemu według potrzeb” – tego nie da się przeprowadzić! Ale wie pan, tamten ustrój, w Polsce spowodowany przecież zwycięstwem Związku Radzieckiego w II wojnie światowej, sprawił, że ja mogłem wejść trochę głębiej w świat. Urodziłem się na zapadłej wsi podkarpackiej. Ukończyłem szkoły, poszedłem na studia. W warunkach II Rzeczpospolitej byłoby to znacznie trudniejsze.

Ale właśnie wydaje się, że pan, urodzony w chłopskiej rodzinie, powinien być szczególnie nieufny wobec nowych autorytetów. Chłopska duma, przywiązanie do tradycji…

To było inaczej. Teraz ja, rzeczywiście, mogę wręcz podkreślać, skąd wyrosłem i skąd jestem. Ale niech pan sięgnie po wspomnienia wybitnego literaturoznawcy, profesora Stanisława Pigonia, zatytułowane „Z Komborni w świat”. Zobaczy pan, jak ludziom o pokolenie starszym ode mnie trudno było się wydostać z takiej właśnie, zabitej deskami, wsi, jak moja. Komunizm przeorał rzeczywistość. Kompleksu chłopskości, który dla Pigonia był bardzo dotkliwy, moje pokolenie już nie odczuwało. W każdym razie ja – nie.

A co do autorytetów w wymiarze światopoglądowym, to chyba nigdy nie przywiązywałem do nich większej wagi. Z politykami z kolei zawsze są kłopoty…

Korektę rzeźby zrobią…

Albo zamówią, a potem zmieni się tak zwana racja stanu.

Weźmy na przykład pomnik ofiar Rzezi Wołyńskiej. Na etapie projektu budził wielki entuzjazm. Profesor Lech Kaczyński, wówczas prezydent Warszawy udzielił komitetowi budowy pomnnika ogromnego poparcia. Miałem do wyboru sześć placów w mieście! Wykonałem pomnik, zabrano go do Gliwic, do zakładów odlewniczych, pocięto na kawałki, zgodnie z technologią i… skończyły się fundusze. Politycy, tak bardzo wspierający wcześniej projekt, stracili zapał. Jakąś część tych kawałków nawet odlano. Ale cały pomnik nie powstał.

Racja stanu się zmieniła.

To ja pytam w takim razie: czyja racja stanu?! Czy powinniśmy dla tej „racji stanu” skazać na zapomnienie swoją krew, poświęcić ją w sposób urągający podstawowym ludzkim zasadom? Byłem blisko tego wszystkiego. Na własne oczy widziałem!

W moich rodzinnych stronach działały, również w czasie okupacji, kopalnie ropy naftowej. Pracowano w nich na trzy zmiany. Pamiętam człowieka, który wrócił rano z nocnej zmiany i zobaczył całą swoją rodzinę –  żonę i dwójkę dzieci, przybitych gwoździami do wrót stodoły. Osiwiał, zapamiętałem go bardzo mocno, bo to takie było niezwykłe, takie dziwne, że osiwiał tak nagle.

I co? Teraz tym ofiarom nie należy pomnika postawić?

Wracając do kręgu sztuki. Czym ta pana dziedzina, rzeźbiarstwo pomnikowe, różni się od rzeźbiarstwa w ogóle?

Są tacy twórcy, których interesuje i bawi sama forma, albo powiedzmy – gra form przestrzennych. Ja należę do tych, którzy używają formy do wyrażenia czegoś o człowieku i o historii. Jeśli robię pomnik, to jest to pomnik kogoś. Są bowiem dwa typy pomników. Pomnik „komuś”  –  to może być wielki kamień z napisem „Wielkiemu Człowiekowi – Naród”, natomiast pomnik „kogoś”, znaczy taką rzeźbę, która wyraża postać, uformowaną już przez historię. A jeśli postać dopiero mamy wydobyć z mroku historii, będzie to forma, w której tę postać chcemy przekazać pokoleniom, które przyjdą po nas. Istotna jest zatem nie  – dosłowność portretowania, ale zawarte w rzeźbie przesłanie.

Wyrzeźbiony mit?

Tak.

Jak w malarskich kronikach Matejki?

Właśnie, że inaczej. Matejko opowiadał. Malarstwo opowiada, a rzeźba wyraża. Rzeźba to synteza mitu. No i musi tez mieć to coś, co sprawia, że zapada w pamięć. Pomnikiem, który mnie nieodmiennie od lat zachwyca jest warszawska Kolumna Zygmunta. Znam kilka podobnych kolumn na świecie, ale ta ma w sobie coś wyjątkowego. Jest jedyna. Ma idealne proporcje. Zrobił ją ktoś o wspaniałej wyobraźni przestrzennej. Kolumna ma w sobie zarazem coś bardzo lekkiego i ważnego. Dlatego tak łatwo ją zapamiętać. A to w rzeźbie pomnikowej jest najważniejsze.

Zatrzymując się przy rzeźbie jako takiej: interesuje mnie pana stosunek do tych prac, które nazywa się jeszcze rzeźbami, gdyż wyszły z pracowni dyplomowanych rzeźbiarzy, ale trudno już w nich uchwycić to, co stanowi istotę rzeźby. Nie było dłuta, gliny, drewna.

To są takie uciechy dla zrobienia szumu wokół siebie. Jakie ma znaczenie to, że ktoś stawia konia, na koniu psa, na psie kota i coś tam jeszcze…

Instalacje, gdzie wkład artysty ograniczył się tylko do ustawienia przedmiotów wykonanych przez rzemieślnika…

Zalicza się je do rzeźby, bo są przestrzenne. Ale ja nie wiem, jak je oceniać, gdzie je zaliczać.

Może to już nie jest sztuka?

Może.

A którędy przebiegają granice sztuki?

Każdy tworzy w swoich granicach. Nie ma obiektywnych kryteriów. Owszem, one jakoś się konkretyzują, ale wszystko zależy od miejsca i czasu. Inne kryteria są wokół Akademii krakowskiej, a inne – wokół jakiejś innej, prowincjonalnej szkoły artystycznej. Miałem to szczęście, że po Krakowie trafiłem na studia doktoranckie do Leningradu, a i wcześniej, w Polsce, mogłem obcować z różnymi profesorami. W ten sposób człowiek się rozwija.

Znam jedną definicję dzieła sztuki. Nie dzieła rzeźbiarskiego, ale dzieła sztuki w ogóle. Myślę, że panu, autorowi rzeźb monumentalnych, będzie ona bliska. Immanuel Kant uważał otóż, że dzieło sztuki, to jest taki wytwór człowieka, który w drugim budzi poczucie wzniosłości…

Podoba mi się! Pomnik musi wzbudzić wzniosłość. To jest najsympatyczniejsze i najprawdziwsze. Zgadzam się. To ładne sformułowanie.

A jakie stare! Oczywiście pozostaje do rozstrzygnięcia, co to jest uczucie wzniosłości, ale jakoś można się do tego przybliżyć. Rodzi się natomiast pytanie, czy performance i instalacje budzą poczucie wzniosłości?

Może w kimś budzą. We mnie raczej zdziwienie, czasem uśmiech, jak wtedy, gdy ktoś zażartuje. Ale żebym poczuł wzniosłość tego typu, jak przed bryłą, w której jest dusza, która przemawia – to mi się nie zdarza.

W internecie pełno jest zdjęć pana Pomnika Chwały i Męczeństwa w Algierze. Robi wrażenie.

Dziewięćdziesiąt pięć metrów wysokości. Widoczny z morza. Obliczono, że nawet z odległości osiemdziesięciu kilometrów. Algier ma charakter amfiteatru nad zatoką; w koronie tego amfiteatru stoi pomnik.

 Pan chyba musiał kiedyś myśleć o architekturze, jako o swoim powołaniu…

Coś w tym jest. Rzeczywiście ta praca ma w sobie cechy architektury.

Jak pan trafił do Algierii?

Znowu konkurs. Tym razem zamknięty. Zaproszono mnie, wygrałem. Bardzo spodobał mi się Algier. Wtedy to było miasto nasycone kulturą europejską, francuską. Niestety, to wszystko się skończyło. Dziesięć lat temu, gdy pan prezydent Algierii, Abd al-Aziz Buteflika, nota bene prawie że mój rówieśnik, przyznał mi złoty medal zasługi, zaproszono mnie do Algieru. Ale później był telefon od naszego konsula, że stanowczo prosi, abym odebrał odznaczenie w ambsadzie w Warszawie; zbyt jest w Algierze niebezpiecznie. Ale wtedy pracowało mi się doskonale. Ulokowano mnie na koszt rządu w olbrzymiej pięknej willi, otoczonej ogrodem. Na podłodze wspaniałe mozaiki. Rzeźba to brudna robota, prosiłem więc, żeby pozwolili mi pracować w Krakowie, bo przecież tam im wszystko zrujnuję. Bardzo byli niecierpliwi. Nie podobała im się moja przeprowadzka do Polski. Zależało im na najściślejszej tajemnicy.

Tradycja nakazuje wyłupiać oczy artystom, z których prac zadowolny jest władca…

Obeszło się bez tego. Siedząc w tej willi obserwowałem za oknem wielkie palmy. Poleciłem ogrodnikowi, aby uciął dwie gałęzie palnowe. Ustawiłem je. Kształt pomnika sam mi się narzucał.

Odwiedził mnie dyrektor gabinetu prezydenta. Pokazałem mu te gałęzie. Popatrzył jakoś tak, bez przekonania. Uprzejmie oznajmił, że trzeba skonsultować sprawę z premierem. Niedługo później przychodzi pan premier, i okazuje się, że dyrektor gabinetu musi być tłumaczem, ponieważ premier i ja nie znamy żadnego wspólnego języka, a z dyrektorem doskonale dogadywaliśmy się po rosyjsku. No i ten niezbyt przekonany do mojej wizji dyrektor tak tłumaczył, tak wyjaśniał, tak bronił tego mojego projektu, że w końcu przekonał i premiera. Tyle, że zamiast dwóch stylizowanych gałęzi palmowych na pomnik składają się jednak trzy gałęzie, co symbolizuje trzy znamiona rewolucji algierskiej: przemysłowy, rolniczy i kulturalny.

Później jeszcze sporo rzeczy zrobiłem na zamówienie władz Algierii. Rzeźbiłem ich historię. Razem z dyrektorem miejscowego muzeum odgrzebywaliśmy bohaterów od czasów Jugurty, czyli jeszcze sprzed naszej ery, epoka rzymska; potem czasy ekspansji arabskiej, siódmy wiek, później okres turecki… Oni bardzo chcieli mieć te wszystkie postaci wyrzeźbione, mieć jakiś rodzaj historycznego punktu zaczepienia, wyrazu swojej odmienności historycznej. Nie wiem, jak te rzeźby teraz wyglądają, nie miałem wówczas gdzie ich odlać, zostawiłem je w gipsie. Natomiast, oprócz Pomnika Chwąły i Męczeństwa, powstał mój konny pomnik Emira Abdelkadera.

Nad czym pan teraz pracuje?

Nadal biorę udział w konkursach. Czasem też robię mniejsze rzeczy, również dla znajomych i przyjaciół. Tu w Radziejowicach mam okazję spotykać profesor Teresę Żylis-Garę, choć poznaliśmy się nie w pałacu, ale w Krakowie, w mojej pracowni, dokąd panią profesor przyprowadził jej impresario, pan Marek Miczulski. Właśnie wykonałem popiersie pani profesor. Dyrektor Bogumił Mrówczyński postanowił, że odsłonięcie tej rzeźby uświetni bardzo miłą uroczystość. Otóż, jesteśmy z panią profesor rówieśnikami, z tym, że ja, oczywiście, jestem starszy, ale tylko o dziesięć dni. No i w Radziejowicach odbędzie się nasz już dosyć poważny jubileusz, podczas którego zaprezentujemy to popiersie. Tak, że mam kolejny powód, aby wracać do Radziejowic.

Panie profesorze, Nike Warszawską zna każde dziecko w Polsce. Pomnik w Algierze jest dla mieszkańców Afryki takim zjawiskiem, jak dla nas, Europejczyków, Wieża Eiffla. Czy pan już stworzył swoją rzeźbę-marzenie?

Jest pewien motyw, który towarzyszy mi od czasów szkolnych, do którego nadal wracam. W gimnazjum poznałem poemat Owidiusza o Dedalu i Ikarze. Do dziś pamiętam ten tekst po łacinie. Już w trakcie studiów podejmowałem rzeźbiarskie próby wokół tematu Dedala i Ikara. Powstało kilka prac. Największa stoi w moim ogrodzie, odlana w brązie. Ma ponad trzy metry. W dziejach Dedala i Ikara widzę czytelną symbolikę wzlotu i upadku. Dedal był rzeźbiarzem. Wyobraźnia jest, ale materia pozostaje ciężka. To ona ciągnie mnie do upadku. W dychotomii wyobraźni i materii zamyka się również świat mojej artystycznej ideologii.

„Omnia possideat, non possidet aera” . Bardzo piękne słowa!

A było przecież tak: Dedal stworzył dwie pary skrzydeł z piór i wosku. Wyleciał na nich z Krety wraz z synem, Ikarem. Prosił, żeby syn nie leciał za wysoko, aby żar słońca nie roztopił wosku, ale też żeby nie leciał zbyt nisko, by pióra nie zamokły. Żeby leciał pośrodku. Ikar nie usłuchał. Wzniósł się ku słońcu. Spadł. Zginął. Dedal doleciał podobno aż na Sycylię.

 

Gabriel Michalik

Styczeń 2016

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress