Józef Wilkoń

Józef Wilkoń, urodzony 12 lutego 1930 w Bogucicach koło Wieliczki, malarz, rzeźbiarz, historyk sztuki; a przede wszystkim uwielbiany ilustrator książek.
Tworzone przez Wilkonia wyobrażenia postaci z baśni towarzyszą dzieciństwu kolejnych pokoleń Polaków. W kraju ukazało się około dwustu książek z ilustracjami Wilkonia, kolejnych kilkadziesiąt – za granicą. Przez lata, Mistrz wielokrotnie zmieniał techniki i materiały, farby wodne łączył z temperami, farbami klejowymi i tuszami, malował na mokrym papierze, na workach po cukrze, odznaczających się cenioną przez niego gruzłowatością gobelinu. Odchodząc od technik stricte malarskich, tworzył tak zwane ilustracje przestrzenne: rzeźby sprowadzane ze świata trójwymiarowego w płaszczyznę za sprawą fotografii, wzbogacanej elementami malarskimi. Rzeźby te zyskiwały sobie grono miłośników i stawały się samodzielnymi dziełami sztuki. Twórczość ilustratorska artysty nie ogranicza się do książek dla dzieci. Tematem jego przedstawień jest przede wszystkim poezja, również ta adresowana do dorosłego czytelnika.
Świat Wilkonia pełen jest zwierząt i drzew. Niekiedy zwierzęta obdarzone są ludzką psychiką, ale Wilkoń odżegnuje się od pokrewieństwa z La Fontainem. Jak twierdzi, jego zwierzęta nie reprezentują pojedynczych ludzkich cech, a już zwłaszcza wad. Mają swoje indywidualne twarze uchwycone przez artystę na styku obserwacji natury i wyobraźni. Człowiek we własnej osobie występuje u Wilkonia marginalnie, czasem zaznaczony kilkoma kreskami, drobny, niepozorny wobec potęgi natury.
Czułość artysty wobec świata przyrody i szczególna cześć, jaka oddaje lasowi, również podnoszona w niniejszej rozmowie, sprawiła, że wywiad ten, można by było zatytułować żartobliwą parafrazą porzekadła: „Natura ciągnie Wilkonia do lasu”. Zresztą sam artysta wykorzystuje swoje nazwisko jako źródłosłów tytułów prac, jak na przykład cyklu Wilkonie, czyli przedstawień zwierząt, w tym koni („Wil-koni”), inspirowanych naściennymi malunkami sprzed piętnastu tysięcy lat, znajdującymi się w jaskiniach Altamiry. Wśród wilkoniowych bohaterów nie brakuje też wilków i wilkołaków. Do języka teoretyków sztuki wszedł termin „wilkoniowatość”, oznaczający niepowtarzalny styl artysty. Kilkoma pociągnięciami piórka lub pędzla, albo kilkoma uderzeniami siekiery, czy ruchami piły, Wilkoń oddaje syntetyczny kształt i naturę zwierzęcych i roślinnych bohaterów swojej opowieści.
Najnowszą pracą Józefa Wilkonia jest drugie wydanie „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza. Narodowy poemat z ilustracjami Mistrza ukazał się już w 1973 roku. Obecna edycja zawiera znacznie więcej ilustracji, w tym przede wszystkim stworzone specjalnie na jej użytek.

 

W przyrodzie dobro jest pięknem

 
W klasycznych ilustracjach do „Pana Tadeusza”, stworzonych przez Michała Elwiro Andriollego dominują ludzie. U Pana ledwie ich widać. Niemal całą przestrzeń zajmuje wszechogarniająca przyroda.

Najcenniejsze dla mnie w „Panu Tadeuszu” jest upoetyzowanie polskiego krajobrazu. Mickiewicz znał się na drzewach. Wiele fragmentów poświęcił na przykład tym drzewom, które ginęły na jego oczach. Ta troska o przyrodę to piękna tradycja w polskiej kulturze, właściwa też wielu poetom przed Mickiewiczem. Już Jan z Czarnolasu potrafił przejmująco pisać o drzewach. A Mickiewicz miał niesłychaną wrażliwość malarską. Jego opisy przyrody przywodzą na myśl twórczość impresjonistów. A poza tym, ta przyroda była rzeczywiście imponująca!

Właśnie tam, na kartach „Pana Tadeusza” toczy się spór o malarstwo pejzażowe. Telimena i Hrabia przekonują, że malarz nie ma czego szukać w Polsce, bo tylko Włochy mają odpowiednie niebo, są „ojczyzną malarzy”. Tadeusz daje odpór ich argumentom, broni naszego krajobrazu.

Rozmawiają, wydawałoby się w sposób prosty, nie wykraczając poza możliwości ludzi z prowincji. Telimena trochę się poduczyła w Petersburgu. Tadeusz coś tam przeczytał. Może Hrabia jest nieco lepiej obyty i wykształcony, ale też bez przesady. A tymczasem, poprzez tych ludzi Mickiewicz wyłożył kwestie o kolosalnym znaczeniu dla malarstwa polskiego, w ogóle dla kultury polskiej. Te problemy rozwijali później wielcy twórcy polskiego krajobrazu. Jakież to było odkrywcze! Przecież Tadeusz mówił o polskim niebie kilkadziesiąt lat wcześniej, zanim Ferdynand Ruszczyc namalował swoje pierwsze krajobrazy z potężnym, chmurnym, niebem.

Uroda nieba włoskiego, obecność gór, różnorodność i nasycenie architekturą zabytkową, to wszystko czyni krajobraz zachodnioeuropejski bogatszym. Ale kto w Europie ma taki las jak Puszcza Białowieska?

To pierwsze znaczenie tego sporu, ale tam przecież idzie chyba też o problem autentyczności w sztuce.

Tak. Dosłownie tak. Chodzi o to, żebyśmy cenili i rozwijali własne, a nie to, co poznaliśmy powierzchownie. Zresztą ta rozmowa, z której strony by na nią nie patrzeć, ma doniosłe znaczenie estetyczne.

Za naszą, lokalną, „ojczyznę malarzy” można uznać urozmaicony pejzaż Małopolski, w którym pan się wychował. Zamieszkał pan w Zalesiu Dolnym. Nie męczy pana monotonia krajobrazu Mazowsza?

Przychodziły takie myśli. Brak mi było pagórków. Ale jak się już trochę po Mazowszu pojeździ,  zdarzają się miejsca urokliwe. Chełmońskiemu udało się znaleźć Kuklówkę, dworek, w którym osiadł. Więc są okolice ładne, tylko że musi tam być bogate, pięknie utrzymane zadrzewienie. Nie mogę ścierpieć, kiedy dowiaduję się, że rżną drzewa przydrożne. Człowiek powinien na prawdę dobrze się zastanowić, zanim jakiekolwiek drzewo z tej równiny usunie. A tymczasem: rżnie się! Zwłaszcza topole, które zdaniem prostaków starzeją się szybko i są niebezpieczne przy drogach. Mówię na to: w ogóle życie jest niebezpieczne, i trzeba tak czy owak uważać. A co ma do tego topola, przepiękne w formie drzewo?!

W Radziejowicach pewnie zatem czuje się pan jak ryba w wodzie. Tu nawet suche drzewo ma prawo do istnienia. Lepiej je zakonserwować niż ściąć i spalić.

To cudowne miejsce! Park, te stawy, nawet jadalnia z pięknym widokiem i – co nie bez znaczenia – smaczną kuchnią. No i te koncerty, wspaniała muzyka. To nie jest tylko dla pisarzy, aktorów, malarzy, rzeźbiarzy. Ale w istocie dla wszystkich. Bogusia, czyli dyrektora Bogumiła Mrówczyńskiego, znam od bardzo dawna. Zetknęli nas przed laty ze sobą wspólni znajomi. Potem była pewna przerwa, aż Boguś się ujawnił w czasach, kiedy już dyrektorował Radziejowicom i miał spore osiągnięcia. No bo teraz o pałacu nie sposób mówić inaczej, jak przez pryzmat tego, czego dyrektor tam dokonał. Odezwał się więc do mnie i oznajmił, że w jakichś swoich zakamarkach przechował starą bramę z Teatru Narodowego. Nie pozwolił jej oddać na złom. Wymyśliliśmy, że zrobimy uskrzydloną bramę w parku przy stawach. Narysowaliśmy, zaprojektowaliśmy, znaleźliśmy kowala, którą wykuł skrzydła i brama do dzisiaj dobrze się sprawuje.

A potem Boguś zobaczył moją Arkę w Zachęcie.  Zwrócił się, że po wystawie chciałby ją usytuować w parku radziejowickim. Została tam osadzona na fundamentach, w warunkach – moim zdaniem – dla niej idealnych. Nigdzie jej tak nie będzie do twarzy, jak między tymi dwoma stawami. Dorobiliśmy drugą część Arki, bo w Zachęcie to była tylko fasada przyklejona do ściany, jako symbol przymierza między naturą a człowiekiem. Przy okazji odbyła się moja ogromna wystawa w parku i w Nowym Domu Sztuki, a potem kolejne wystawy. Ładnie się ta Arka na deszczu i w słońcu starzeje.

Moje dzieci za nią przepadają! Nie tylko moje. W ogóle, dzieci w parku gromadzą się przy Arce. Ale nie powiem, żeby obchodziły się z nią jak z ołtarzem Wita Stwosza. Nie chodzą po niej w muzealnych kapciach…

Ta Arka ma właśnie tak działać. Cieszę się, że dzieciom się podoba. Kilka zwierzątek trzeba będzie naprawić, dorobić oczy i uszka.

No i jeszcze w Radziejowicach jest Chełmoński. Stała wystawa. A pan przecież właśnie twórczości Chełmońskiego poświęcił swoją prace dyplomową na historii sztuki.

To wspaniałe, że w pałacu jest ta galeria. Chełmoński był moim ulubionym malarzem w młodości, zachwycałem się jego pracami. Mój ojciec malował kopie Chełmońskiego. Mieliśmy też w domu reprodukcje. Nadal jestem pod wrażeniem tych obrazów, które jako młody człowiek widziałem na wystawie w Sukiennicach, a które teraz odnalazłem w Radziejowicach. Któż nie lubi Chełmońskiego?!

Wraca pan tutaj?

Bardzo często. 26 lutego odbędzie się tu promocja „Pana Tadeusza” i wystawa oryginałów ilustracji. Potem koncert: zagra Janusz Olejniczak i Paulina Sokołowska, a fragmenty poematu przeczyta Andrzej Seweryn. Tak to wszystko Boguś pięknie urządził…

Mickiewicz, Chełmoński i pan. Trzech ludzi z różnych epok opowiadających o polskiej przyrodzie. Czy wasze klucze do tego krajobrazu są podobne?

Coś w tym jest. Miałem niedawno wystawę na dziedzińcu Wyższej Szkoły Ekologii i Zarządzania, zatytułowaną „Las”. Zacytuję moje przesłanie, zamieszczone w katalogu, może troszkę afektowane, ale dla mnie bardzo ważne: jak wchodzisz do lasu, czuj się, jak byś wchodził do Świątyni.  Las, jak woda i powietrze warunkuje i współtworzy egzystencję ludzi i natury, Dlatego znaczenia lasu nie można zawężać do faktu, że jest fabryką tlenu i celulozy, ani też, choć to miłe i cenne, że jest dostarczycielem borowików, czarnych jagód, czy też innych dobrodziejstw leśnych. Las jest również fenomenem życia. Ma swoje niedościgłe piękno, niebywałą dostojność. Pobojowisko wojny przypomina pobojowisko wyciętego lasu. (…) Dla mnie las jest miejscem nie tylko dla panoramy leśnych zwierząt, ale także dla moich leśnych zwidów, wilkołaków, z lasu wyprowadziłem swoje duchy leśne.

Tak jak Mickiewicz pragnął, aby „Pan Tadeusz” dotarł pod strzechy, ja chciałbym, aby to moje przesłanie dotarło do Polaków. Żebyśmy nie byli kojarzeni jako ci, którzy wywożą do lasu śmieci, tylko – jako ci, co las chronią i rozumieją jego doniosłość.

Tak, to się właśnie składa w całość z moją pracą: to, co pisał Mickiewicz i co robił bez przerwy Chełmoński. Drzewo w moich ilustracjach jest jednym z podstawowych bohaterów. Choćby takie moje książki, jak ten „Pan Tadeusz”, jak Leopolda Staffa „Szum drzew”, czy książka „Wśród drzew”.

Chciałbym się skupić na tym sakralnym charakterze lasu. Pan powiedział „świątynia”. Sklepienie lasu bywa jak sklepienie katedry, ale panu idzie chyba nie tylko o proste podobieństwo zewnętrzne. Czego świątynią ma być las…

Nie potrafię tego dobrze powiedzieć. Może tak: czuj się w lesie sobą! Nigdzie, tak jak w lesie, nie potrafisz się sobie przyjrzeć. Siedzisz w lesie pod drzewem i nigdzie nie masz tylu refleksji, jak tutaj.

Pamiętam mój pierwszy spacer za ojcem po lesie, w Niepołomicach. Miałem takie wrażenie, jak by się coś doniosłego ze mną stało. Chodzi mi o to, abyśmy umieli w lesie dojrzeć to, co tam na nas czeka, to dobrodziejstwo z każdej strony. Las jest miejsce, w którym można poczuć się wzniośle.

W połowie drogi mojego żywota pośród ciemnego znalazłem się lasu…

…gdybym miał ten cytat na podorędziu, sam bym tak powiedział (śmiech).

Pan zastawiał sidła na zwierzęta.

Wstydzę się tego, ale cóż, robiłem to. Za złapanego zająca przynosiłem do domu kaszę, mąkę, żeby przeżyć. Działo się to w czasie okupacji. Byłem dobrym kłusownikiem, swego rodzaju mistrzem, ale to już jest ostatnie, co chcę na ten temat powiedzieć. Bo przede wszystkim wstydzę się.

Okrutny ten świat pana dzieciństwa. Niemcy polowali na Żydów, na Polaków, trwały pacyfikacje. Pan polował na zwierzęta. Wojna wszystkich ze wszystkimi.

Ale niech pan sobie wyobrazi, że właśnie w tym okrutnym świecie ja miałem swoje szczęśliwe dzieciństwo. Najszczęśliwsze! Dzieciństwo chłopca, który żył na wsi, miał swoje pastwisko, czyli naturalne boisko do kopania w piłkę szmacianą; nasze pojazdy to były drewniane hulajnogi, narty z desek z beczki. Wszystko to robiliśmy sobie sami. To dzieciństwo było bogate w te wszystkie uciechy, jakich potrafią sobie dostarczać dzieci w zabawie. Błonia, pastwisko, krowy, wszystko to przepiękne.

A groza?

Moje pierwsze wspomnienie, podkreślam przyjemne wspomnienie, to radosna jasność, łuna i miłe ciepło, matka trzyma mnie na rękach. To było na długo przed wojną i okupacją. Palił się dom, w którym mieszkaliśmy. Spalił się doszczętnie.

I co, żadnej grozy?

No, nie. Tylko ta radosna jasność i ciepło. Miałem dwa latka.

A w czasie okupacji?

Często ocieraliśmy się o śmierć. Ale ja nie wyniosłem z tego żadnego porażenia strachem, żadnego piętna na psychice. Wyszedłem z wojny pełen entuzjazmu do życia, do Akademii, do studiowania malarstwa. Inaczej niż na przykład moja przyszła dziewczyna, która przeżyła Powstanie Warszawskie i później chodziła pod ścianami. Ja tak nie miałem.

Dom rodzinny stworzył przeciwwagę dla grozy, która była wokół?

To nie tak. I nie wiem dlaczego nie ma we mnie tego piętna. Sam się dziwię. Wojna przechodziła przecież i to bardzo, także przez nasz dom. Ojciec już przed wojną działał w PPS, w czasie okupacji pracował w konspiracji. Był delegatem rządu londyńskiego na Tarnów. Kiedyś wyjechał w sprawach podziemnych a nocą wpadli gestapowcy. Rewizja, pytania, gdzie jest ojciec, straszny wrzask. Matka bardzo spokojnie, poprawną niemieczczyzną, powiedziała: „pozwólmy dzieciom spać w nocy”. Zadziałało piorunująco!

Wprowadziła w chaos wojny cień zwykłych obyczajów. W zwykłym świecie nie budzi się dzieci w nocy.

Co się wtedy stało! Trudno uwierzyć! Niemcy, już zupełnie spokojnie, bez krzyków, zapytali o ojca, na co matka z wielkim talentem aktorskim odegrała rolę porzuconej żony. „Mąż odszedł gdzieś za inną.” Udało się.

Słusznie pan mówi, że jest w czepku urodzony.

Jestem. Mieliśmy ogromnie dużo szczęścia. Ukrywali się u nas Żydzi. Między innymi profesor Julian Aleksandrowicz i jego syn. Kiedyś prowadziłem syna profesora Aleksandrowicza, zobaczył to mój kolega ze wsi. „Józek, tyś wczoraj prowadził Mojśka”. To charakterystyczne: mówiliśmy o nich „Mojśki”, a zarazem ich ratowaliśmy. Szybko coś wymyśliłem: „Co ty?! Jo – Mojśka?” Na to kolega uśmiecha się i widać, że go nie przekonałem. Jednak nie doniósł..

Albo innego dnia prowadziłem rodzinę żydowską do najbliższej wioski. Zamiast iść zwykłą drogą, postanowiłem iść dłuższą, bardziej zasłoniętą, przez wąwóz. Doprowadziłem ich. Wracam już sam. Przechodzę przez tory. Zatrzymuje mnie gestapowiec na rowerze. Był to rodak z tej wsi, nazwiskiem Kaczmaruk. Jak tylko Niemcy weszli do Polski, Kaczmarukowie okazali się niemieckimi agentami. „Co ty tu robisz?!” „Przechodzę przez tory. Tam mam pole. Nie ma innej drogi”. Kaczmaruk: „Zmiataj, nie kręć się tu!”.

Gdyby pojawił się dwie minuty wcześniej, albo gdybyśmy szli nieosłonięta drogą, to by było po Żydach, po mnie, po całej mojej rodzinie. I to nie są dla mnie puste słowa, bo sam widziałem egzekucję na Żydach.

Widział pan rozstrzelanie?

Tak. Granatowi policjanci rozstrzelali Żydów. Mam w pamięci dwóch grubasów o czerwonych pyskach i toczące się ciała czterech ludzi.

Nie chciał pan nigdy tego namalować?

Nie. Niesamowite, że z wszystkich tych sytuacji uszedłem cało.

Opieka boska?

Jeśli coś nabroimy lub zrobimy coś dobrego, nie sądźmy, że to Pana Boga tak głęboko interesuje. Jest we mnie pewien rodzaj sceptycyzmu. Wyobrażam sobie Pana Boga, jako kogoś, kto nad wszystkim panuje i góruje, ale nie interweniuje, więc nie wywiera na świat tal bezpośredniego wpływu, jaki chcemy mu przypisać. Nigdy nie miałem pretensji do Pana Boga, jeśli życie dotykało mnie bardzo boleśnie, co mi się zdarzało, mimo mojego przysłowiowego już szczęścia.

A pana zachwyt nad światem, to nie jest to zachwyt nad urodą stworzenia, ale nad dziełem przypadku?

No nie, jednak nad urodą stworzenia. Doskonałość stworzenia, organizacja wszechświata, to są sprawy boskie.

Minęła okupacja. Liceum plastyczne, studia, Akademia Sztuk Pięknych w Krakowie i Historia Sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. No i zaczynają pana bombardować socrealizmem.

Bożesz drogi! Zajęcia z estetyki marksistowskiej prowadził Stefan Morawski, późniejszy rewizjonista i opozycjonista. Jakaż to była typowa stalinowska kostura. Elegancik, cwaniaczek, pewny siebie. I bzdury  wprost z ust Stalina. Że postawą ujmowania zjawisk w sztuce jest sytuacja ekonomiczna i przynależność klasowa. „A Stalin powiedział, a Hegel, a Marks, a ktoś wyciągnął racjonalne jądro…” (śmiech)

Nieprzyzwoitość!

Dziewczyny się bały tego Morawskiego. Przez niego można było zawalić rok. Ale to była tylko część studiów; nieprzyjemna, ale i najmniej ważna. Bo egzaminy z historii sztuki chodziłem zdawać do pana profesora Adama Bochnaka, wówczas dyrektora zbiorów na Wawelu. Siadaliśmy w jego gabinecie, a że nie było podsłuchów, to sobie kpiliśmy z Morawskiego i estetyki marksistowskiej. No i niech pan pomyśli, czy ja nie miałem szczęścia? Najpierw ta potworna okupacja, a potem, cholerna, tragikomiczna komuna, z radziecką inwazją w życie i sztukę.

Nie chciał pan malować przodowników pracy?

Na Akademii każdy z nas miał po jednej pracy socrealistycznej. Jak były wizyty z Warszawy, kładło się to na sztalugi i  skrobało. Te knoty mają dzisiaj wartość jedynie środowiskową, historyczną. No niech pan popatrzy, z tego wszystkiego wyszedłem cało i mogłem malować to, co chciałem!

Ale komuna, zwłaszcza po śmierci Stalina miała swoje sposoby, żeby kusić…

Coś w tym jest. Komuna to, rzecz jasna, była klęska boża, ale jedno należy jej oddać. Nie wiem na czym to polega, ale były to czasy wielkiego urodzaju. Egzystował teatr: Grotowski, Kantor. Powstawały światowe dzieła muzyczne. Był plakat. Mówiło się o polskiej szkole ilustracji. Jak rozmawiałem w 1962 roku z młodymi w Paryżu, to Wajda był dla nich ucieleśnieniem nowego w kinematografii.

I jak by nie wykręcać kota ogonem, nie sposób powiedzieć, że sztuka powstawała „na przekór”. Ale, z pewną dozą wielkoduszności można przyjąć, że rodziła się  „pomimo”. Mam na myśli oczywiści ideologię, bo mecenat tamtego państwa nad sztuką był faktem.

Partyjni, którzy pracowali w tak zwanej kulturze, kierownicy w KC, ministrowie kultury, w jakimś sensie opowiadali się za nowoczesnością polskiej sztuki. Oczywiście najgorzej mieli pisarze, ze względu na dosłowność przekazu, bo cenzura im ostro dawała w tyłek. Ale my, ilustratorzy, spotykaliśmy się ze strony redaktorów z życzliwością. Utożsamiali się z tym co robimy.

Na przykład Lucjan Motyka, który też się u nas w domu w czasie okupacji ukrywał, ale nie ze względu na pochodzenie, tylko dlatego, że należał do PPS. Wielu nadal go chwali. Były pieniądze, opieka. Kantor jeździł po świecie ze swoim teatrem, Grotowski miał swoje Laboratirum. Myśmy wydawali książkę jedną po drugiej, ucząc się na tych książkach. Dzisiaj nikt by mi tak nie pozwolił.

Inna sprawa, to problem ich motywacji. Może troszczyli się o kulturę z wyrachowania, albo przez snobizm, albo przez kompleksy. No ale się troszczyli. A że komunę szlag trafił i chwała Bogu, to inna sprawa.

Wróćmy do pana studiów malarskich w Krakowie. Wokół byli kapiści, silne osobowości…

Pani Hanna Rudzka Cybisowa, klasyczna kapistka, w której obrazach kolor jest rzeczą rozstrzygającą i w ogóle jedyną, na plenerze pod Nowym Sączem zauważyła, że się przyglądam pod słońce jak wiatr odchyla listki wierzby, i one srebrzą się od dołu. Poklepała mnie po ramieniu „Dobrze, chłopcze, bardzo dobrze”. Czyli, utwierdziła mnie w przekonaniu, że kapizm kapizmem, ale jak mnie interesuje, dlaczego liście są srebrne na wietrze, to dobrze. Miałem satysfakcję, gdy później, dwukrotnie, wyciągała moje obrazy podczas dyskusji ze studentami i mówiła, że popiera taką własną drogę penetrowania podziałów.

Pan podglądał te liście starając się zrozumieć, dlaczego są takie jakie są. Pojawia się pytanie, chyba ważne dla współczesnej sztuki, w ogóle, dla teorii sztuki, czy ważniejsza jest natura, z której człowiek może czerpać, czy wyobraźnia, z którą to zderza?

Jedno i drugie jest ważne. Natura przez swoje bogactwo i różnorodność dostarcza źródeł dla wyobraźni. Ale w twórczości – wyobraźnia, talent i praca to sprawy pierwszorzędne. Natura jest tu tylko materiałem, z którego umiejętnie korzysta się poprzez wyobraźnię, jest zapleczem.

Dzieło sztuki to natura przetworzona przez człowieka?

Tajemnice słownej definicji dzieła sztuki nie są jeszcze ani ostatecznie, ani nawet dostatecznie, rozwiązane. Jest to sprawa stale do definiowania. Zawsze przy okazji się poetyzuje. Dawno temu precyzyjnie i zarazem poetycznie Tomasz z Akwinu zdefiniował formę jako naczynię dla treści. Norwid mówił o kształcie miłości. Najlepiej, najwznioślej, jest określić sztukę poprzez jej oddziaływanie na emocje odbiorcy.

Pan ma szczególnych odbiorców. Pokolenia wychowały się na pana ilustracjach do książek dla dzieci. Skąd pan tak dobrze zna dzieci?

Podkreślam jedną rzecz, że korzystam ze spontaniczności odbioru dzieci i takiej świeżości odbioru życzę również dorosłym. Ale zakładam, że nie istnieje nic takiego, jak sztuka dla dzieci. Chcę, aby moje prace zadowalały i dzieci, i dorosłych. A przede wszystkim: muszą zadowalać mnie. Powiedziałem kiedyś, że dziecku bym przychylił nieba, ale po prawdzie tworzę dla siebie, co wzbudziło gniew niektórych dzieciomanów. A ja to przecież mówiłem z troską o dzieci!

Nie lubi pan teoretyków sztuki dziecięcej…

Jestem przeciwny czemukolwiek, co byłoby w przekonaniu dorosłych bardziej strawne dla dzieci. Oburza mnie ta papka, którą infantyliści cynicznie karmią dzieci. To światowa choroba. Jeszcze w czasach głębokiej komuny na Zachodzie spotkałem się z tym tandetnym infantylizmem. U nas dawniej środowiska wydawnicze tworzyli ludzie wykształceni, których nie uformował rynek, ale studia i samodzielne wybory. A tam, na Zachodzie, niestety, ten rynek. Kiedy odzyskaliśmy wolność, to wraz z nią, z Zachodu zaczęły docierać do nas masowo czwartorzędne knoty „disnejopodobne”. Domorośli wydawcy robią na tym ciężkie pieniądze. To ogromny przemysł, źródło dochodów dla wszelkiego rodzaju cwaniaków i wynalazców, kombinujących, co zrobić, aby wydusić z rodziców pieniądze na duperele. Inwazja tego chłamu jest przerażająca. Potrawy w McDonalds, z których wydłubuje się jakieś plastikowe zwierzątko. Całe mózgi są włączone, żeby wynaleźć sposób wyciągania pieniędzy.

Kiedyś mi się gorzko zgadało w rozmowie z Januszem Stannym, jak tak na tak zwane „to wszystko” popatrzyliśmy: „a myśmy myśleli, że wychowaliśmy ludzi”. Ale są ci, którzy mówią, że się na moim ilustracjach wychowali. I to mnie zawsze cieszy.

Krytykowana przez pana estetyka należy do kultury masowej, która dawniej była kulturą ludową i nie tylko nie drażniła, ale nawet wzbudzała pewne odruchy opiekuńcze u przedstawicieli kultury wysokiej. Może problem polega na tym, że „lud wszedł do śródmieścia”, że kultura masowa zdobyła rolę dominującą.

Masówka jarmarczna była oparta, pomimo wszystko, o rękodzieło. Ludzie, którzy się tym trudnili czerpali z wzorców przekazywanych przez pokolenia. Koguciki odpustowe były ładne. A gdy rekę rzemieślnika zastąpiła wtryskarka to tandeta stała się dojmująco powtarzalna. Do tego dochodzi jeszcze militaryzacja zabawek: mundury, karabiny, kosmiczne pistolety, wojna i strzelanie. To trafiło do dzieci, bo one, nie wiedząc o strasznych skutkach strzelania, lubią strzelać. Inwazja chłamu spowodowała też niesłychaną monotonność. Które dziecko by dzisiaj sięgnęło po wózek z konikiem…? Zabawki robi się takie, jakie może wypuścić wtryskarka. Rzeczywistość jest kształtowana przez technikę. Bardzo mnie to niepokoi.

Pan też sięgnął po nowe technologie. Stworzył pan ilustrowaną książkę „Zbuntowany elektron”. Wszystkie ilustracje powstały na ipodzie.

Tak. Narysowałem ją palcem na ekranie. Książka opowiada o tym, że telefon komórkowy, ten drobiazg,  doprowadził do jednej z największych rewolucji cywilizacji. Praca na ipodzie utwierdziła mnie w przekonaniu, że to jest fajne, że można się tym bawić, ale zwróciłem też uwagę na szczególny dramat. Otóż, nigdy nie powstaje oryginał. Zawsze tylko wydruk. Praca pozostaje (albo i nie) wyłącznie w formie zapisu elektronicznego.

Kultura masowa ujęła codzienność w swoje wąskie ramy. Ale czy i sztuka wysoka zmierza w niepokojącym kierunku. Rzeźbą staje się wszystko. Butelka ustawiona na stole. Nie drażni to pana?

Niektóre pomysły negacji warsztatu mnie irytują. Ale na przykład cenię Katarzynę Kozyrę. Dla takich ludzi zawsze jest miejsce w sztuce. To, że w rzeźbę wkradła się możliwość korzystania z różnych materiałów, jest charakterystyczne dla czasów i wcale nie jest złe. Trudno sobie dzisiaj wyobrazić rzeźbiarza, który jak Alfons Karny wykuwa ludzką głowę z granitu. Są tacy, ale już nieliczni. Jest za to sporo rzeźbiarzy, którzy pracują w materiale łatwiejszym, tak jak ja – w drewnie, które można kształtować piłą, siekierą; mój tur odlany w sztucznym tworzywie będzie znacznie trwalszy niż ten z drewna. W rzeźbie, w ogóle w sztuce, można użyć wszystkiego. Dzisiejsze obrazy posługują się niesłychanie rozciągniętą skalą materii. Powstają z materiałów przypadkowych. I w mojej sztuce rola przypadku jest też szalenie istotna. Wykorzystuję przypadek w całym tego słowa znaczeniu, po swojemu porządkując go i organizując. Z przypadkowych materiałów może się składać rzeźba.

No tak, ale jak się zamówi coś u rzemieślnika, ten to zrobi, a artysta ograniczy się tylko do postawienia tego cudzego wyrobu na cokole, to też to będzie dzieło sztuki?

Dzieło sztuki jest wtedy, kiedy jest!

A jak pan widzi ładny kawałek drewna, to zapalają się panu oczy?

Tak. Zdarza mi się gotowy utwór przyrody wykorzystać do mojego pomysłu plastycznego. Wiele elementów, struktura zewnętrzna, aksamitność, to sprawa aury.

Wędrujemy wokół piękna. Nawet o prawdzie coś się rzekło, a gdzieś nam umyka dobro. Stworzył pan książki o dobrym wilku, o dobrym tygrysie. O  naturze mówi pan z miłością. Czy świat przyrody jest dobry?

Jest skuteczna. Kształtuje optymalne rozwiązania. Człowiek wyrósł ze świata przyrody, od małpy, w myślącą jednostkę i zaczął dostrzegać to, co nazwał pięknem, a co było powszechne w różnorodności i bujności natury, jako efekt jej rozwoju. Jest w przyrodzie wiele okrucieństwa, którego ostateczny sens rozumiemy przez konieczność powstawania i rozwoju nowych form. Dobro w przyrodzie to wieczne odradzanie się życia. Inaczej niż w bajeczkach.

 

Gabriel Michalik

Luty 2016

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress