Włodek Pawlik

Włodek Pawlik, ur. 1958 w Kielcach, pianista, kompozytor, improwizator. Sławę przyniosły mu kompozycje z pogranicza jazzu i muzyki poważnej. Laureat nagrody Grammy za 2014 rok, w kategorii w kategorii Best Large Jazz Ensemble Album. Autor muzyki filmowej, m.in. Wrony i Pora umierać w reż. Doroty Kędzierzawskiej oraz Rewers w reż. Borysa Lankosza (nagroda za najlepszą muzykę filmową na 34. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni). Absolwent klasy fortepianu Barbary Hesse-Bukowskiej w warszawskiej Akademii Muzycznej oraz wydziału jazzowego Hochschule fur Musik w Hamburgu. Jeden z najchętniej słuchanych polskich kompozytorów współczesnych.
Z Włodkiem Pawlikiem, kompozytorem, pianistą i pedagogiem muzycznym rozmawia Gabriel Michalik.


Muzyka nie dzieli

 
Kilka miesięcy temu ukazała się płyta „Mów spokojniej” zawierająca wiersze Adama Zagajewskiego z pana muzyką. Pan wybrał Zagajewskiego czy Zagajewski pana?

Wybraliśmy się wspólnie. (śmiech) Na kawę. A ja wybrałem wiersze. To było intrygujące doświadczenie. Zwłaszcza dla mnie, bo wiersze już wcześniej były i Zagajewski nie musiał ich pisać na nowo, do muzyki.

Czy w wierszach jest już z góry jakaś melodia, którą pan odkrywa komponując?

Poezja z pomocą słowa wchodzi w intymny świat abstrakcji, ten sam, do którego prowadzi muzyka. Słowa otwierają coś, czego na pozór nie ma. Te dziedziny tworzą z odmiennych materiałów, ale idea powstawania muzyki i poezji jest podobna: przekształcanie tego, co powszednie i zwykłe, ingerencja intuicji w realność. Poezję i muzykę łączy też przepływ czasu i możliwość… oszukania czasu. W tym jest siła dobrej muzyki i dobrej poezji.

Kiedyś były nierozłączne.

No tak, Orfeusz – pierwszy poeta; trubadurzy, dawna poezja była zazwyczaj śpiewana. Rezygnacja z rymu nic nie zmieniła. A nawet z rytmem sprawa nie jest tak oczywista, bo poezja nie musi być rytmiczna w sposób – powiedzmy – bezpośredni. W białym wierszu, jak u Zagajewskiego, ten rytm też gdzieś jest, tylko trzeba go poszukać.

Patrzę na pana apartament w Radziejowicach i widzę, że wszystko jest na swoim miejscu. Dom Pracy Twórczej. Pan – twórca, przyjechał, zamknął się z fortepianem marki Bechstein i pracuje. Twórczo.

Tak właśnie. Taki jest cel mojego pobytu.

A przecież mieszka pan na stałe raptem kilkanaście kilometrów stąd.

Odkryłem dla siebie Radziejowice w 2003 roku. Miałem tu koncert, zachwyciłem się tym miejscem. Niedługo później dostałem jakieś duże zamówienie, a w domu, jak to w domu, działo się coś takiego, co mi utrudniało koncentrację. Uzmysłowiłem sobie, że moge tu przyjechać. Jeśli muszę szybko coś uchwycić, zastanowić się i przenieść na papier, to potrzebna mi jest izolacja od świata zewnętrznego.

W klasztorze sztuki…

(śmiech) Ora et labora. Wszystko uporządkowane. Ja oczywiście nie jestem benedyktynem, ale mając większą pracę do wykonania często tu przyjeżdżam. Wcześniej nie podejrzewałem nawet, że takie miejsce istnieje, właśnie Dom Pracy Twórczej w pełnym tych słów sensie; miejsce piękne, unikalne, stanowiące ucieleśnienie wszystkiego, co tak bardzo lubię w polskim krajobrazie. W dodatku tak blisko Warszawy i tak przyjazne muzykom. Dyrektor mi obiecał, że zawsze, o każdej porze, mogę mieć dostęp do fortepianu. I mam. No i są jeszcze całkiem praktyczne wygody. W domu przez dwie godziny bym się się zastanawiał nad obiadem: kupić coś, gotować… A tu o stałej porze przychodzę do jadalni i dostaję posiłek. To daje mi dobrą pozycję wyjściową; narzuca rytm.

Położył pan na pulpicie fortepianu papier nutowy, ołówek i jak pięćset lat temu, po prostu zapisuje pan nuty na pięciolinii…

A co pan myślał?

Że pan pisze na komputerze.

E tam! Maszyny same nie piszą. Fortepian jest ze mną odkąd skończyłem cztery lata. Jego obecność jest tak oczywista, że wolę przy nim jej nie wyjaśniać, żeby nie obrażać tego mojego partnera. A ołówek i pięciolinia? Niech pan pomyśli jak ogromnym osiągnięciem europejskiej kultury jest system notacji muzycznej. Początki wielkich odkryć w muzyce były równoległe z odkryciami matematycznymi. Chrześcijański świat, tworząc uniwersytety, rozwijał na nich matematykę, geometrię, astronomię i właśnie muzykę. To była poważna sprawa dla poważnych ludzi!

I w ogóle pan nie używa komputera do pisania muzyki?

Komputer pomaga mi w pracy nad muzyką filmową, ułatwia przypisanie dźwięku do konkretnej klatki filmu. Ale nawet taka praca zaczyna się od lektury scenariusza i od fortepianu. Komputery nie dodały muzyce nic, bez czego by się nie mogła obejść.

A muzyka elektroniczna?

Są w niej rzeczy interesujące, odkrywcze, ale tych urządzeń też by były. Zapewniam pana, że nic by się złego w muzyce nie stało, gdyby zabrakło komputerowych nowinek.

Nad czym pan teraz pracuje w Radziejowicach?

Tytułu jeszcze nie mogę podać. W ogóle chcę o tym mówić jak najmniej.

Zleceniodawca?

Instytucje, również kościelne.

Gatunek?

Jest to kantata, quasi-musical – zobaczymy to dopiero się rodzi; muzyka chóralno-orkiestrowa. Potężne, godzinne przedsięwzięcie.

Gdzie i kiedy je usłyszymy?

Latem tego roku, w Warszawie, jako jeden z elementów obchodów 1050 rocznicy Chrztu Polski i Światowych Dni Młodzieży. Mało mam czasu.

Wykonawcy?

Orkiestra symfoniczna, chór, gwiazdy muzyki operowej i gwiazdy  pop. Na razie nie mogę wymieniać nazwisk.

Jak się pisze muzykę dla gwiazd pop?

Tak samo jak w klasyce. Nie robię rozróżnienia pomiędzy muzykami klasycznymi a popowymi. Nie można porównywać Pavarottiego z którymś z popowych gwiazdorów, ale raczej nie zdarza się, aby gwiazdy muzyki pop były kompletnymi dyletantami muzycznymi.

W pana życiu muzyka była od najmłodszych lat.

Urodziłem się w rodzinie, gdzie muzyka była chlebem powszednim. Mama była zawodową śpiewaczką, tata – skrzypkiem.  To na pewno zdeterminowało mój los. Przesiąkłem muzyką. Rodzice uczyli mnie, kierowali do szkół. Odkryli we mnie jakieś zdolności, które dały im przekonanie, że warto we mnie zainwestować, że muzyką będę się zajmował na poważnie. No i jak to z dzieciństwem muzyków bywa, moje – też było obarczone systematycznością i pracą; lekcje, ćwiczenia. I tak właściwie od piątego roku życia po dziś dzień.

A kiedy pan się dowiedział, że może nie tylko interpretować cudze utwory, ale też komponować własne?

Bardzo dawno temu, pewnie właśnie gdy miałem pięć lat. Tata przechowywał później moje pierwsze kompozycje, pisane, oczywiście, ołówkiem na pięciolinii, gdzie stawiałem koślawe nuty. Niewielu muzyków wchodzi na ścieżkę komponowania. W większości są wykonawcami. Widać tak musi być. Może ludowej muzyki to nie dotyczy, czy muzyki w egzotycznych dla nas cywilizacjach, gdzie wystarczy pięć dźwięków. Europejska kultura wykształciła jednak potrzebę tworzenia muzyki w formie potężnych dzieł, których komponowanie wymaga unikalnych predyspozycji.

Z pogranicza sztuki i matematyki, prawda?

Zależy co się komponuje. Są genialni bluesmeni, których cała kompozycja składa się z kilku taktów, a  autor nie umie zapisywać nut. Bozia mu coś jednak dała, i jego przeboje są wykonywane długo po jego śmierci, inspirując kolejne pokolenia. Ale z perspektywy głównego nurtu muzycznego, czyli – od epoki renesansu aż do, powiedzmy, Prokofiewa – mamy do czynienia z wybitnymi, wielkimi postaciami, które wyznaczają jasne i precyzyjne sygnały dotyczące kreowania muzyki w sposób zupełnie wyjątkowy: symfonie, opery etc. I w muzyce, nastawionej na tworzenie skomplikowanych struktur i form, matematyka jest naturalnym elementem w procesie komponowania i wykonywania.

A pan komponuje kierując się wyliczeniami czy intuicja?

Intuicją. W dylemacie czucie czy szkiełko i oko, sztuka jest zdecydowanie po stronie czucia. Pierwsze więc jest czucie, natchnienie, złapanie tajemniczego zlepku zdarzeń akustycznych, który daje impuls do stworzenia dzieła muzycznego. Potem przychodzi czas na matematyczne skonstruowanie formy. Czy to będzie blues, czy symfonia, czy na przykład ta moja godzinna kantata, nad którą właśnie pracuję, bez intuicji, bez czucia, nic ciekawego się nie zrobi. Ono stanowi klucz.

A ów klucz ma jaką proweniencję?

Z perspektywy naszego życia tu i teraz, tylko gdybyśmy mieli możliwość przewidzenia wszystkiego, co się zdarzy, moglibyśmy uznać, że Bóg jest niepotrzebny. Jest wspólna sfera doznań i emocji, która łączy ludzi od tysiącleci. Sfera niezbadana, którą powoli odkrywamy, ale której być może, nie odkryjemy do końca nigdy. I muzyka być może jest drogą prowadzącą ku tym odkryciom. A tajemnica nie musi być matematycznie uporządkowana, może lepiej opisuje ją intuicja? W każdym razie muzyka jest jednym z tych zjawisk, które określają człowieka, jak to ktoś powiedział, od pasa w górę.

Pana muzyka jest szczególna. Sięga pan do tradycji klasycznych i do jazzu. Słuchając pana utworów można natomiast zupełnie zapomnieć, że w XX wieku przydarzyła nam się powojenna awangarda.

Każdy ma swoją drogę. Studiując starałem się wejść we wszystkie aspekty muzyki z przeszłości i z teraźniejszości, aby odnaleźć mój świat dźwięków. Próbowałem wszystkiego, studiowałem klasykę, grałem kompozytorów awangardowych na Warszawskich Jesieniach. Sam też uprawiałem awangardę, grałem jazz – wszystko to robiłem równolegle. Nie patrzę na muzykę przez pryzmat chęci bycia au courant, przynależności do jakiejś grupy, która twierdzi, że ma rację, że to wypada, że to jest modne… Nigdy mnie to nie obchodziło. Mam świadomość dużej wiedzy na temat muzyki, którą uzyskałem poprzez edukację. Wszystkie elementy muzyki z przeszłości i z teraźniejszości, które są na tak zwanym rynku, są mi znane. Świat muzyki to nie gmach pełen zamkniętych pokoi, ale system, w którym wszystko wzajemnie się przenika. Nie muszę zastanawiać się nad tym, do jakiej grupy należę, czy bliżej mi do klasyki, czy do awangardy. To jest drugorzędne, a najważniejsze jest, by to, co tworzę dopełniało czyjąś potrzebę spotkania się z muzyką. To jest pewien dar losu, że ja swojej muzyki nie muszę tłumaczyć…

…ponieważ ona współgra z wrażliwością odbiorców…

…a niekoniecznie krytyków. Pewnie już sie na Warszawskiej Jesieni nie pokażę..

No ale ma pan to już za sobą…

…i gdybym kontynuował tę moją wczesną młodość, gdybym został żołnierzem tej grupy, to  najprawdopodobniej nadal bym grał na Warszawskiej Jesieni, ale tylko na Warszawskiej Jesieni.

I tu chyba pora na niebezpieczne pytanie: gdzie przebiega granica pomiędzy muzyką popularna a muzyką wysoką?

Znów pan chce się zająć tym, co dzieli, a nie tym, co łączy. Zawsze była muzyka arystokratyczna i muzyka plebejska, ale nigdy, aż do naszych czasów, te światy się tak bardzo nie izolowały. Do kościoła przychodził i książę, i jego giermek i słuchali tej samej muzyki. Tworzenie sztucznych podziałów, tym bardziej w XXI wieku, gdy tak łatwo je zdezawuować, jest bez sensu. Bo jeśli powiemy „muzyka wysoka”, to znaczy, że istnieje jakaś „muzyka niska”, czyli ten, kto zajmuje się „wysoką” jest lepszy. A ja nie chce być lepszy. Chcę być normalny. Wykonawców tej kantaty, którą właśnie pisze, nie będę dzielił na lepszych i gorszych. Zarówno w muzyce rozrywkowej, jak i w muzyce poważnej zdarzają się knoty. To, że przynależymy do grupy wyznawców konkretnego gatunku, powiedzmy, posługujemy się językiem dodekafonii, nie znaczy, że nasze utwory będą na miarę Chopina czy Beethovena. Tak samo w popie ma pan i Raya Charlesa i na przykład – Dodę. Z tym, że Ray Charles i Frank Sinatra są już nieśmiertelni.

Przetrwali próbę czasu.

Czas ma ogromne znaczenie. To co marne, odpada. Zazwyczaj widać to po upływie jednego lub dwóch pokoleń, czasem później. Bywa tak, że póki twórca żył, wszyscy go słuchali, organizowano mu festiwale, a potem umarł i koniec, nie ma zapotrzebowania na jego sztukę. A inny twórca, przez współczesnych lekceważony, zyskuje wielkie zainteresowanie następnych pokoleń. Spójrzmy na twórczość Krzysztofa Komedy. Kilkanaście lat temu uważany był za faceta, który nie potrafił grać. A później, młodzi, pokolenie dwudziesto- trzydziestolatków, otworzyło drzwi do jego muzyki.

Czas oddaje wielkim artystom sprawiedliwość.

Kompozytorzy są tak samo ważni, co politycy, a może nawet ważniejsi, bo o niektórych politykach należałoby jak najszybciej zapomnieć, gdyż tyle złego wyrządzili światu. A kompozytorzy gdzieś tam trwają w zbiorowej pamięci europejskiej, może czasem na marginesie, ale rola ich była ogromna. Muzyka ma znaczenie. Pomaga ludziom w dążeniu do doskonałości.

Prowadzi pan wykłady z improwizacji. Dla laika to brzmi jak oksymoron. Jak uczyć improwizacji? Ośmielać?

Niektórych nie trzeba w ogóle uczyć, bo mają naturalne predyspozycje do improwizowania. Muzyka jest bardzo wdzięcznym zjawiskiem do improwizowania, pod warunkiem, że się posiada predyspozycje, a one nie są równo podzielone między ludźmi. Ale nie jest powiedziane, że nie można improwizacji, może nie tyle nauczyć, co – wyjaśnić.

Jak uczę improwizacji? Mamy temat, trzeba go zinterpretować nie wychodząc poza jego ramy. Przekształcić, pozostając w zgodzie  z harmonią i z rytmem.

A pan swoim studentom te ramy rozszerza czy zawęża?

Raczej zawężam. Zakładam, ze jeśli człowiekowi, który nie ma predyspozycji do improwizowania, pozwolę na wszystko, to on będzie uprawiał „kocią muzykę”, sam złapie się na tym, załamie się i powie „nie umiem”. Moim zadaniem jest wyjaśnić w jakim świecie zależności pomiędzy dźwiękami można się poruszać, aby improwizacja miała sens.

Na moje zajęcia przychodzą niepokorni. Ludzie myślący, szukający swojej drogi, którzy intuicyjnie czują, że ścieżka proponowana przez system edukacji muzycznej może być ślepa; że skończą studia i okaże się, że nie będzie im dane nawet uczyć muzyki w przedszkolu. A jest to rzeczywistość dziewięćdziesięciu procent absolwentów uczelni muzycznych w Polsce. Młodych ludzi, którzy łudzą się, że gdy dostaną dyplom magistra sztuki, to świat stanie przed nimi otworem.

Czy polska muzyka jest prowincjonalna?

To nie tak. Z muzyką w ogóle dzieją się dzisiaj smutne rzeczy. Nie tylko w Polsce. Komponowanie na poważnie to jeszcze Ravel, Rachmaninow, może muzycy filmowi w latach 60. i 70. w Hollywood. Idea komponowania taka, jak ją pojmuje tradycja europejska, zużywa sie na naszych oczach. Wystarczy wziąć bibliografię, policzyć symfonie. Trudno znaleźć dzisiaj kompozytorów o sile przekazu porównywalnej do Bizeta, Prokofiewa, Beethovena, czy do Gershwina. Albo Chopin: nie dożył czterdziestu lat, a zostawił tyle muzyki, że przez dwa lata, grając codziennie, nie przegra pan tego wszystkiego. Od śmierci Strawińskiego minęło prawie pół wieku. I gdzie jest ktoś na ich miejsce?!

Ranga twórczości jest znacznie niższa.  Mówię o skali i etosie kompozytora, który na przestrzeni lat wykształciła Europa, sytuując tworzenie muzyki w kręgu pewnej świętości, wymagającej oddania sie jej do końca. A dzisiaj absolwenci studiów kompozytorskich szukają pracy w filmie i w reklamie. Odczuwa się presję na wykorzystywanie muzyki w sposób znacznie bardziej powszedni, i do tych celów pisze się banalną muzykę.

Dawniej, kompozytor to był ktoś z kręgu kosmicznej narracji, pozostawiał to co ziemskie za sobą. Niestety, nastały czasy trywializacji, odarcia twórczości z tego, co jest w niej najważniejsze, z cech indywidualnych.

Ale ciągle przecież są filharmonie.

Są. A nawet  gra się w nich symfonie. A zatem wieczór w filharmonii, wychodzi dyrygent, orkiestra we frakach. Patrzymy na publiczność i okazuje się, że średnia wieku wynosi siedemdziesiąt lat. I to niezależnie od tego, czy grają awangardę, czy Vivaldiego, czy Chopina. I tu jest to rozdarcie. Dwa światy się nie dopełniają. Muzyczny Parnas dawniej lepiej się komunikował z odbiorcą. Czegoś zabrakło.

Ale przecież pan, jako pedagog Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina widzi ilu młodych ludzi garnie się do muzyki.

Bo muzyka urzeka, zniewala, wprowadza w stan euforii, hipnozy. Muzyka to są czary. Może się stać pasją całego życia, nawet wbrew pragmatyzmowi. Zawsze będą ludzie, którzy zechcą mieć kontakt ze światem ideałów.

A kryzys polega na tym, że kultura masowa zabrała im słuchaczy…

No, zabrała. Tylko nie mówmy ogólnikami „kultura masowa”. To trzeba spersonalizować, bo przecież nie jakaś bezosobowa kultura masowa wyrugowała dobrą muzykę, lecz takich wyborów dokonali muzycy. Problem nie w tym, że „świat jest zły”, ale w tym, że to muzycy doprowadzili do tego, że wokół nas jest tyle chłamu.

Na studiach uczą się Paganiniego, a po godzinach biegną do Voice of Poland, robić z siebie pajaca. No, rozdwojenie jaźni!

Kultura masowa jest bardzo pociągająca; daje pieniądze i sławę. Pstryk – i mamy. Naturalne jest, że muzycy przechodzą na tamtą stronę. Ale z perspektywy mojego doświadczenia wiem, że warto iść pod górę, żeby móc rano spojrzeć sobie w oczy i nie musieć się zastanawiać, czy ja mam jutro być bardziej proawangardowy czy bardziej jazzowy. Czy grać jak w Niemczech, czy grać jak w Chinach.

A miał pan taki okres, gdy to, co pan tworzył przekonywało tylko pana?

Właśnie nie.

Czyli jednak nie tak pod górę…

Zawsze miałem dla kogo grać i pisać. Ale to dlatego, że jak trzeba było, to potrafiłem grać w hotelach albo na statku i nie poczytywałem sobie tego za dyshonor. Starałem się nie stracić z oczu tego światła, gdzie jest mój potencjał. I jak wróciłem ze statku to nagrałem płytę jazzową, która się świetnie sprzedawała.

A na statku grał pan najlepiej jak pan umie?

Tak. Grałem w big-bandzie, który wykonywał bardzo bogaty repertuar; musicale broadwayowskie. To jest praca dla najlepszych; czytać trzeba a vista ogromne partie tekstu muzycznego. I bardzo mi się ten statek przydał. Tam się trenuje dyscyplinę, która jest tak bardzo w życiu potrzebna. Jak pan wyjdzie, to siądę i będę pisał.

 

Gabriel Michalik

Radziejowice, 15 kwietnia 2016 r.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress