Bohdan Łazuka

Bohdan Łazuka, ur. 1938 w Lublinie. Aktor teatralny i filmowy, artysta kabaretowy i estradowy, piosenkarz znany z szerokiego repertuaru, obejmującego m.in. przeboje międzywojenne, piosenkę liryczną i współczesne gatunki rozrywkowe. Wystąpił w kilkudziesięciu filmach, przede wszystkim w rolach charakterystycznych. Laureat nagród i konkursów, w tym – dwukrotnie na KFPP w Opolu, Odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

O Radziejowicach, estradzie i schadenfreude, z Bohdanem Łazuką rozmawia Gabriel Michalik.
 
 

Łazuka jako sztuka 

 
Właśnie zakończył się w Grodzisku Mazowieckim I Festiwal Kultury i Sztuki imienia Bohdana Łazuki. Poza rymem, smak i w tym się zawiera, że żyjący artysta ma festiwal swojego imienia.

Grodzisk i jego burmistrz, Grzegorz Benedykciński to zjawiska unikalne. Burmistrz jest bezkompromisowy, jeżeli chodzi o kulturę. Postanowił, że miasto zaistnieje na kulturalnej mapie Polski w sposób ponadlokalny i tak się stało. Zaprosiliśmy Ewę Kuklińską, Jerzego Gruzę, Daniela Olbrychskiego, Jacka Butrymowicza, Michała Milowicza, Macieja Maleńczuka. Wszystko udało się świetnie. I ja chyba też nie dałem plamy. Tyle tylko, że wieczorami już byłem zbyt zmęczony, aby przyjeżdżać do Radziejowic na Festiwal im. Waldorffa.

Ale nie uciekniemy od tematu Radziejowic.

Ani myślę.

Skąd Radziejowice w Pana życiu?

Losy ludzkie, nie będę oryginalny, składają się właściwie z podświadomości i w związku z tym bywają skomplikowane.

Enigmatycznie Pan zaczyna…

Bywa, że bierze się małą walizeczkę, a niektórzy, tak jak ja – szczoteczkę do zębów i jakiś ręcznik, żeby to brzmiało bardziej estetycznie, i wychodzi się z domu. Nie miałem za bardzo gdzie mieszkać. Któryś z kolegów mi mówił, że tu jest takie świetne miejsce…

Bo jest świetne.

Ale ani myślałem, że trafię na kogoś takiego jak dyrektor Bogumił Mrówczyński!

Długo Pan zabawił…

Spodziewałem się, że można tu mieszkać tydzień, można – dwa. A tak się złożyło, że zostałem na pięć i pół roku. Szczęśliwie, ten pokoik, w którym mieszkałem nie był aż na tyle atrakcyjny, żebym komuś blokował miejsce. Takie się zrobiło z tego mieszkanko. Starałem się być mało krępujący.

Z żalem się Pan wyprowadzał?

No, chciałem w końcu mieć swój dach nad głową. Tu, w Radziejowicach byłem pieszczochem losu, ale, wie pan, jak się jest u siebie, to może nie wszystko wolno, ale dużo wolno, a jak się nie jest u siebie, to nie zawsze wiadomo w ogóle, co wolno. Gdzie zdjąć buty, gdzie płaszcz powiesić. W międzyczasie, z małżonką doszliśmy do porozumienia, co zresztą miało puentę dosyć stosowną, bo z tą samą panią brałem ponownie ślub.

Czy to był ważny okres w Pana życiu, te Radziejowice?

Tak. Tu zwróciłem uwagę na takie sprawy jak przyjaźń i przemijanie. Uważam, za Albertem Camus, że życie troszeczkę nie ma sensu. Bo jeśli zdajemy sobie sprawę, że kiedyś odejdziemy, a przed wszystkim, że bliscy odejdą, to życie się staje absurdem. Na co Andrzej Wajda kiedyś mi mówi: no, takie jest życie. Ale to przecież właśnie nie jest życie, jak cię nie ma. I właśnie tutaj zdarzyło się, że ludzie, których ceniłem, ludzie dla mnie ważni – odchodzili.

Tutaj też nauczyłem się doceniania tych wielkich autorytetów, jak Jerzy Waldorff, profesor Teresa Żylis-Gara, Inek Gogolewski, Maniek Konieczny, Gustaw Zemła, Maciek Prus.

Waldorff przetrwał w Radziejowicach w stu formach. Pomnik, festiwal, wspomnienia, ale także Pana miniaturki sceniczne, uprawiane na użytek znajomych. Jerzy Kisielewski referował mi Pana monolog Waldorff i ślimaki.

Myśmy, co tu kryć, kolegowali się z Waldorffem. Wychodził po śniadaniu, siadał na ławce, i jeśli mnie nie było, bo się z kimś zagadałem, walił lagą i ryczał: Gdzie jest ten Łazuka?!

Ja go trochę, mówiąc trywialnie, podpuszczałem, bo chciałem uszczknąć nieco jego wiedzy. Pytałem na przykład o rzeczy elementarne. Prawdę mówiąc, i bez Waldorffa wiedziałem, kim był Stanisław Moniuszko. A Waldorff dawał się podpuszczać, choć wiedział, że go podpuszczam. I perorował. Uwielbiałem to!

Przed laty, gdy razem z Ewą Demarczyk wygrałem I Krajowy Festiwal Piosenki w Opolu, jury przewodniczył Stefan Kisielewski, przyjaciel Waldorffa, ale że Waldorff lubił występować, to on mi wręczał dyplom..

Przypomina mi pan najlepsze tradycje kabaretu polskiego! – to jego słowa do mnie. Miło. Prawda?

Wraca Pan do Radziejowic?

Jasne. A wydarzenia artystyczne tutaj, no, wszystkie bez wyjątku, są na najwyższym poziomie. Nie ma przypadków, jeżeli chodzi o osobowości. Są największe nazwiska, co nie znaczy, że zawsze tak popularne, jak Olejniczak czy Żylis-Gara. Nie! Dyrektor Mrówczyński potrafi znaleźć też bardzo dobrych debiutantów. Do tego doprowadził, że jak Boguś proponuje występ, to nikt nie pyta, za ile. Zaszczytem jest tu wystąpić.

(Bohdan Łazuka spogląda na papiery leżące przed piszącym te słowa)

A co pan tu mi przyniósł, panie Gabrielu?

Petit cadeau. Moja książka o Zdzisławie Maklakiewiczu.

O Zdzichu?! Proszę pana, ileż wspomnień! Jeden z najlepszych żartów bez personalnej puenty, to był fakt, jak myśmy ze Zdzichem, na cały miesiąc pojechali na wczasy. Kropka. To już jest koniec opowiadania. Pan sobie wyobraża?

Oj, wyobrażam.

Maklakiewicz i Łazuka pojechali na wczasy (puszcza oko). Jastrzębia Góra, mieliśmy wspólny pokój. Zameldowaliśmy się w recepcji, postawiliśmy walizki. Jedno łóżko, drugie łóżko i… po dwóch tygodniach dopiero spotkaliśmy się w tym pokoju.

Z dużą świeżością…

To może nie jest bardzo śmieszne, ale jak się w środowisku opowiadało o tym szczególnym wydarzeniu, powiedzmy, turystycznym, to wzbudzało, jeśli nie niagarę śmiechu, jak mówił Dudek Dziewoński, to przynajmniej śrucik w oceanie, jak mówię ja.

Z Maklakiem, przede wszystkim w Spatifie, spędzaliśmy dużo czasu. Bywało, że jego kompan, Janek Himilsbach drażnił go, bo moralizował, zwracał uwagi. Wtedy Zdzisio zabiegał o moje towarzystwo. Słowo honoru! Jest się czym chwalić, bo był to wielkiej urody facet. A mam też z nim takie wzruszające wspomnienie: byliśmy kiedyś na Wybrzeżu i Zdzich postanowił odwiedzić córkę. Miał straszne skrupuły, bo dawno jej nie widział. I jak już znaleźliśmy ten adres, mnie poprosił, żebym wszedł pierwszy.

No, ale my gadamy o Zdzisiu, a tymczasem…

Ja chciałem o Panu.

E tam, właściwie bardzo dobrze, że mówimy o Zdzichu, bo to nam daje punkt wyjścia do rozmowy w ogóle, a w każdym razie do rozmowy o poczuciu humoru, no bo Zdzicho przecież  był z niego znany…

I właśnie. Ja Pana podejdę z takiej niespodziewanej flanki. Czy Pana już nie męczy bawienie ludzi? Grywał Pan wprawdzie także role dramatyczne. Ale z dwóch masek antycznego teatru, przylgnęła do Pana jednak ta uśmiechnięta.

Popularnie, w recenzjach, do zapamiętania, każdy ma taki swój folderek typowy. W moim przypadku, jest to folderek komediowy. Ale na przykład zagrałem kiedyś u Kazia Kutza dramatyczną rolę w sztuce „Netta” Eustachego Rylskiego. Dostałem wszystkie nagrody, jakie dostać było można: nagrodę dziennikarską, nagrodę Ministra Kultury, nagrodę publiczności. Wszystkie. I dzwonię po dziewięciu latach do Kazia, podkreślam – po dziewięciu latach i mówię, że po tamtym spektaklu zapadła cisza, że żadnych propozycji, nawet takiej, najmniejszej, żebym – jak u Hitchcocka – przeszedł z teczką przed kamerą.

A Kazio mi wyjaśnił: – Po co żeś się wychylił?! To jest kraj najwyżej dla średniaków. Koledzy, którzy z tobą grali, zresztą świetni aktorzy, grają do dzisiaj. Trzeba grać na trzy plus.

No jest w tym coś. U nas sukces, w zasadzie, jest porażką, o czym wie każdy, kto ma wyobraźnię. Bo po co?!

Ale mówienie o tym mnie krępuje. Już wolę mówić o Maklaku.

Łatwiej mówić o kimś?

Wtedy każdy sobie myśli jaki on jest szlachetny, o sobie nie mówi, a przecież nieprawda. Mówiąc o kimś, też mówimy o sobie.

A zatem: nie męczy Pana bawienie ludzi?

Samo bawienie jest intuicyjne, płynie z podświadomości. W tak zwanym towarzyskim odbiorze zaistniało jako pewna forma, mnie właściwa. Lubię się bawić sytuacją.  Nie opowiadam kawałów. Nawet ich nie słucham. Jak ktoś mnie pyta a zna pan ten dowcip?, odpowiadam: znam. I koniec. Mnie to w ogóle nie interesuje. Cały mój humor oparty jest o sytuację. Improwizacja.

Nie męczy?

Nie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to się kiedyś skończy. I wtedy trzeba będzie lecieć po słupkach. Ale ostatnio, na tym Festiwalu w Grodzisku miałem duży występ i wiem, że jeszcze mi Pan Bóg pomaga. Skleroza nie nadchodzi.

Irena Kwiatkowska w ostatnich latach życia miała kłopoty z pamięcią i z orientacją.  Jednak potrafiła te swoje deficyty i ewentualną konfuzję słuchaczy ograć, stworzyć takie tło, że nikt nie był pewien, czy gra zagubioną starszą panią, czy może jest nią w istocie.

Pocieszające, panie Gabrielu! Kwiatkowska… No, to jedna z największych polskich aktorek w ogóle. Ale u nas kobieta musi zagrać Marię Stuart czy Antygonę, żeby ją nazwali wielką aktorką. A przecież trudniej wyjść z samym sobą i żeby to przeszło za rampę.

Graliście Państwo razem.

Partnerowałem pani Irenie jako Jontek w „Halce”, takim skeczu na motywach opery, autorstwa Gozdawy i Stępnia, w Teatrze Syrena. Był taki zwyczaj, pewnie jest do dziś, że z tak zwanej góry przysyłano jakiegoś faceta, z informacją „zdolny, trzeba go popierać”. No i niekoniecznie ten człowiek był istotnie utalentowany. No i właśnie tak się stało. Przysłali. Grał. Stoimy w kulisach, a pani Irena kopie mnie w kostkę: Patrz, Łazuczka. No sam zobacz! On taki niezdolny, że aż przyjemnie popatrzeć.

Schadenfreude.

Że okrutne? No, nie. Uczciwe. Ludzie rzadko przyznają się do tego, co myślą. Wolą udawać dobrze wychowanych. A w sztuce nie ma na to miejsca. Niech arystokraci będą dobrze wychowani, nie artyści. Albo: demokracja. Tu nie ma demokracji! Talent decyduje. I tyle.

Pan się cieszy, jak komuś coś nie pójdzie?

Jeszcze jak!

Bywa, że ktoś mi mówi:

– Idź do tego a tego teatru, świetne przedstawienie!

– Mowy nie ma!

– Ale naprawdę świetne!

– Dlatego nie idę! Jak mi powiesz, że coś jest do chrzanu – pięć razy pójdę.

Nie wierzę.

No dobrze, może trochę się wygłupiam, ale coś w tym jest!

Nad czym Pan teraz pracuje?

Kończę płytę. Przepraszam za brak skromności: wszystko dla mnie napisane! Znajdą się tam duety właściwie z każdej formy muzycznej. Okazuje się, że ciągle we mnie coś tam jeszcze jest. Swing to bez problemu, ale rap, disco-polo, też będzie na płycie. No i Doda.

Śpiewa Pan w duecie z Dodą?

Wszyscy się oburzają.

Ponieważ to skandalistka?

Nie. Bo ładna i zdolna. Przeurocza osoba! Na płycie śpiewam też w duecie Justyną Reczeniedi, sopranistką operową – piękny głos, wielki głos! I z Betką Kozidrak. A teraz ostatnio nagraliśmy utwór z Miką Urbaniak, jazz. No i jeszcze z Maćkiem Maleńczukiem oczywiście.

Który, jak coś powie, to już powie.

Toteż go i poprosiłem, żeby nie mówił, tylko śpiewał.

Skąd teksty?

Większość z nich napisał świetny Michał Zabłocki, syn Alinki Janowskiej. Ale jest też wśród autorów Bogusław Chrabota, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”. A on podszedł do sprawy systemem kochanego naszego Jeremiego Przybory. W tekstach wielu autorów w zasadzie wszystko jedno, czy się zaśpiewa „lub” czy „acz”, a u Przybory miało znaczenie. I u Chraboty też.

Płyta nazywa się „Nocny Bohdan”.

Mam kłopotliwe pytanie.

Proszę.

Czy panu przeszkadza inteligencja w wykonywaniu zawodu?

Jest inteligencja zawodowa i jest erudycja.

Pan się odznacza tymi cechami. Nie przeszkadzają?

O przeszkadzaniu to ja mam swoje zdanie. Chodziłem do szkoły muzycznej, a Maniek Kociniak, z którym mieszkałem w akademiku w Dziekance, namówił mnie, żebym szedł doszkoły teatralnej. Co będziesz w tę rurkę dmuchał, ty zgrywus jesteś, to chodź z nami. Zawsze mówię, że muzyka polska nie straciła, a w aktorstwie nie przeszkadzam.

To może ujmę moje pytanie inaczej. Jak się Panu pracuje z reżyserami. Jest Pan przecież aktorem gotowym, wydaje się, że reżyser mógłby tylko zepsuć Łazukę.

Są pewne kanony opisane w didaskaliach. Jak gram Laerstesa, to nie mogę stanąć na miejscu Hamleta. Natomiast, jeżeli chodzi o wyjścia sauté, to w zasadzie wolę sam siebie ustawić. Nie dlatego, że jestem taki mądry! Tylko, widzi pan, dla mnie premiera i ostatnie przedstawienie są jednocześnie. W środę siedzi blondynka w trzecim rzędzie, a w piątek – w pierwszym, pan, który ma jakieś potrzeby fizjologiczne. I ja się chcę do każdej z tych sytuacji odnieść, wokół każdej z nich coś sobie wyreżyserować. I nie męczyć się powtórkami.

Chociaż bywało inaczej. Na przykład w czasach, kiedy mieliśmy swoją „Świętą Trójcę”. Jacek Fedorowicz, mój przyjaciel, stworzył teatr objazdowy Popierajmy się, w skład grupy wchodzili: Jacek, Piotrek Szczepanik i ja. I tam był precyzyjnie napisany scenariusz, od formalnego wejścia aż do wyjścia. Orkiestrę mieliśmy pierwszej klasy, z najlepszego okresu Piwnicy pod Baranami. Był własny bufet. Grało się po trzy spektakle dziennie, w niedzielę cztery a czasem nawet pięć. Na marginesie, pojawia się pytanie, gdzie te pieniądze.

Ale wracając do scenariusza. To zobowiązywało, chociaż czasem człowiek miał ochotę się wygłupiać, ale wtedy Jacek, mimo że ma trochę tych dioptrii, potrafił i przez nie spojrzeć tak groźnie jak Ronaldo. I wracało się do porządku. Tak, że estrada też ma prawo mieć scenariusz. Ale jak występuję solo.

To nie potrzeba reżysera, ani scenariusza…

Panie Gabrielu,  nie chcę, żeby to źle nie zabrzmiało. Ale pal sześć, niech brzmi, jak brzmi. Otóż, : mnie się już nie chce! Ja już swoje wytańczyłem. Teraz mam ten komfort, że robię tylko to, co mnie się podoba.

Clou w tym się zawiera, że podoba się to też publiczności.

Miło mi.

Marcel Marceau siebie grał tworząc postać Bipa. I Pan podobnie, jest postać, nazywa się Łazuka. I to nie jest tak, że Bohdan Łazuka gra kogoś. Bohdan Łazuka występuje.

Ja nie mam zwyczaju dzwonić do reżyserów i mówić „może byś mnie obsadził”. W teatrze każdy uważał, że lepiej by to zagrał, a trzeba obsadzać Łazukę. W filmie grałem różne postacie. No ale mam taką gębę.

Pan sam w sobie jest dziełem sztuki… Taki epizodzik: Francik w Nie ma róży bez ognia Stanisława Barei. To jest ten Pański Bip.

„Dzieło sztuki dla Łazuki”.

Raczej „Łazuka to sztuka”.

Niech tak będzie! Co nie przyjadę do Wrocławia do kabaretu Elita, to każą Francika odtwarzać.

Albo piosenkarz-tancerz w serialu Jana Rybkowskiego Kariera Nikodema Dyzmy.

To był taki okres, kiedy wszystkim nam się chciało. Witek Gruca, fenomenalny, tworzył choreografię. Jak on genialnie ustawiał, sam był przecież świetnym aktorem. „Nie piszcie o mnie, że choreografia. Pląsy – napiszcie.” Ale mnie puszczał. Wszystkich instruował, a do mnie mówił: „Bogna, ty po swojemu”.

Czyli czuł, że „Łazuka to Sztuka”?

No tak. Pozwalał mi samemu się kreować.

Skoro postanowiliśmy opowiedzieć o Panu, jako o samorodnym talencie, nie sposób uniknąć pytania o dom rodzinny.

Rodzice rozstali się, gdy miałem trzy lata. Mama miała małą maturę, pracowała w sklepach centrali tekstylnej. A później – w służbie zdrowia. Natomiast tata był inżynierem rolnikiem, Franciszek miał na imię. W Dabrowicy koło Lublina były trzy rody szlacheckie Turscy, Czernasie i Łazuki. Łączyli się między sobą o ile płeć pozwalała. I tak właściwie trwa to do tej pory.

W domu nie przelewało się. Pojechałem na Śląsk. Nie miałem osiemnastu lat, więcnie mogłem pracować pod ziemią, to pracowałem w sortowni węgla. Tam poszedłem na egzamin do Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”, do pani Elwiry Kamińskiej. I się nie dostałem. Po latach, z Popierajmy się, spotkałem panią Kamińską i mówię „ach jak bym chciał być w pani zespole”, no to dlaczego nie, no przecież wspaniale. Nie, mówię, nie dostałem się. Tak sobie pozwoliłem…

Czyli „obciążeń artystycznych” z domu rodzinnego Pan nie wyniósł?

Przeciwnie. Mój ojciec chrzestny, inżynier Niewiarowski, przyjechał na przedstawienie do kabaretu Szpak. Za kulisami mówi: „daj sobie z tym spokój”. Miał takie pojęcie wzięte, bo ja wiem, z czasów Moliera, że budy teatralne, że brud, że bieda…

„Mazurkiewicz bój się Boga!”

Coś takiego. Porządni Łazukowie, jeśli robili kariery, to albo jako prawnicy albo inżynierowie. Dopiero później, jak już byłem „ten Łazuka”, to mi darowali.

W szkole teatralnej miał Pan wspaniałych pedagogów. Ludwik Sempoliński spadkobierca fin de sieclu. Nie pamiętał przełomu wieków, bo urodził się za późno, ale w tym klimacie się odnalazł. Tak jak Pan w tekstach Hemara i Tuwima.

Sempoliński był jak z ryciny Franciszka Kostrzewskiego. Narysowany cienką, czarną kreską. Niby fin de siecle, ale nie – fin de siecle. Sam się wymyślił. Był moim entuzjastą. Państwo Sempolińscy nie mieli dzieci, i mnie tak prawie adoptowali. Ale moim mistrzem w zakresie zawodu był pan Kazimierz Rudzki.

W ogóle w tym okresie, kiedy myśmy studiowali, szkoła była wspaniała. Nie mówię już o profesorach, ale niech pan posłucha, asystentami byli: Zofia Mrozowska, Mieczysław Czechowicz i Mariusz Dmochowski. Czego chcieć więcej?!

Nikogo nie chcę obrażać, no ale ci dzisiejsi młodzi nie mają takich wzorców, jak ja miałem. A nawet jeśli by mieli. To w pośpiechu słuchaliby tych autorytetów. Uczy się ich podstaw na Szekspirze, Fredrze, Zapolskiej, Bałuckim, Molierze czasem itd. A potem kończą studia i idą do reklamy, albo do serialu. Strata pięciu lat.

Mam jeszcze jedno pytanie. Jak to się robi, żeby po sukcesie w bardzo młodym wieku, a potem po latach konsekwentnych triumfów,uwielbienia publiczności, zachwytów krytyki…

Żeby się w głowie nie przewróciło?

No właśnie.

Jak pan widzi, nic innego nie robię. Jak się przewracam, to właśnie od sukcesu, ale niektórzy złośliwi mówią: upił się.  Co robić?

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress