Ciemno wszędzie, głucho wszędzie…

XI edycję Letniego Festiwalu im. Jerzego Waldorffa w Radziejowicach zainaugurowała kantata Dziady-Widma wystawiona przez Polską Operę Królewską w reżyserii Ryszarda Peryta. Wieszcz słowa Adam Mickiewicz i wieszcz-kompozytor Stanisław Moniuszko połączyli swe siły, by wyrazić istotę człowieczeństwa, odwołując się do ludowego obrzędu.

Sobotni koncert poprzedziło wystąpienie Agnieszki Komar-Morawskiej, dyrektor departamentu Narodowych Instytucji Kultury, która odczytała list ministra kultury Piotra Glińskiego skierowany do radziejowickiej publiczności. „Z radością adresuję te słowa do kontynuatorów dzieła Jerzego Waldorffa. Inauguracja XI edycji Festiwalu to symboliczny gest pamięci i początek prawdziwego święta muzyki skupionego w tym roku wokół spuścizny Stanisława Moniuszki” – napisał minister.

Podkreślił różnorodność charakteryzującą radziejowickie festiwale, w których klasyka przeplata się z jazzem i folklorem. Przywołał przy tej okazji słowa Jerzego Waldorffa: „Z muzyką powinno być właśnie tak jak z życiem: i dobrze, i źle. I poważnie, i śmiesznie”. – Radziejowice stają się muzycznym salonem Polski w tym gorącym czerwcowo-lipcowym czasie – powiedziała Agnieszka Komar-Morawska, podsumowując swoje wystąpienie.

Przez ponad 20 lat tradycję radziejowickiego festiwalu tworzył Bogumił Mrówczyński. Do niego skierowała słowa podziękowania nowa dyrektor Domu Pracy Twórczej w Radziejowicach Ewa Wytrążek. – Dzisiejszy dzień jest dla mnie ważny. Mogę przywitać się ze stałymi bywalcami, ale też z tymi, którzy są tu po raz pierwszy. Liczę, że nasza publiczność będzie się nadal rozrastać – powiedziała.

Sobotni koncert realizowany był w ramach obchodów dwusetnej rocznicy urodzin Stanisława Moniuszki. Kompozytor sięgnął do II część Dziadów Adama Mickiewicza zainspirowany zarówno samym obrzędem, jak i melodyką oraz formą tekstu literackiego. Dramat został opublikowany w 1823 r., tymczasem kantata Moniuszki miała premierę ponad czterdzieści lat później, w 1865 r. Jednak skomponowana była w 1852 r. – jeszcze przed śmiercią Mickiewicza.

Tajemnica, niedopowiedzenie, fantastyka, duchowość, symbolika to wykładnia romantyzmu, który stawał w kontrze do oświeceniowego pojmowania świata przez rozum i naukę. Objawiało się to między innymi zainteresowaniem folklorem i ludową tradycją. Dziady to wywodzący się jeszcze z czasów pogańskich obrzęd, w trakcie którego społeczność ofiarowała zmarłym modlitwę i pokarm, by ulżyć ich cierpieniu. Lud celebrował ten rytuał także w czasach chrześcijańskich, łącząc elementy religii ze starosłowiańską tradycją. Zarówno Mickiewicz jak i Moniuszko zetknęli się z tym zwyczajem. Wywarł on na nich wielkie wrażenie, co znalazło odzwierciedlenie w ich twórczości.

W sobotni wieczór radziejowicka scena musiała pomieścić wielu wykonawców. W głębi umieszczono orkiestrę, z przodu – chór i aktorów. Postawiono na symetrię. Chór podzielony został na dwie grupy, wyznaczając ramy dla głównych wydarzeń stanowiących trzon dramatu. W inscenizacji postawiono na oszczędność środków wizualnych. Guślarz wystąpił w wytartej, zużytej sutannie, ze skleconym z gałęzi krzyżem, a chórzyści w czarnych strojach.

Pierwsze dźwięki zagrane przez instrumenty smyczkowe – długie, tajemnicze, ciemne, wprowadziły nastrój niepewności i oczekiwania, wzmożony przez wyświetlony w głębi obraz Chochoły Wyspiańskiego. W tle wybrzmiewał dzwon wzywający na obrzęd. Stopniowo scena zaczęła się wypełniać postaciami. Przywoływane kolejno duchy pokutowały za grzechy różnego kalibru. Na scenie pojawiały się aniołki Józio i Rózia, które nigdy nie zaznały goryczy, widmo złego pana, który nie miał litości nad swoimi poddanymi i duch młodej dziewczyny Zosi nie potrafiącej nikogo pokochać. Pochód dusz zamyka milcząca mara, duch mężczyzny trzymającego się za serce. Dźwięk dzwonu pojawia się również na koniec obrzędu, stanowiąc klamrę spinającą rytuał.

W roli Guślarza wystąpił wspaniały Adam Kruszewski, który odegrał swoją rolę dostojnie i z powagą. Zwróciła uwagę jego piękna naturalna kresowa wymowa głoski „ł”, tak charakterystyczna dla dawnej polszczyzny. Rózię zagrała Małgorzata Rudnicka, a Józia Mikołaj Zgódka. W roli złego pana wystąpił Wojciech Gierlach, a Zosi – Iwona Lubowicz. Pojawiły się też ptaki szarpiące widmo złego pana – Kruk (Jakub Kordas) i Sowa (Katarzyna Gałązka). Warto tu zwrócić uwagę na Kordasa, który z niezwykłą wiernością oddawał chropowate, rwane ruchy ptaka.

Wraz z nadejściem kolejnych duchów w głębi sceny wyświetlane były różne obrazy – niebo, chmury, ogień, a na koniec – wizerunek Matki Boskiej Ostrobramskiej. Zróżnicowana była też warstwa muzyczna, która nabierała szczególnego dramatyzmu w chwili pojawienia się ducha złego pana i mary. Motoryczne frazy wypowiadane przez chór w momencie ukazania się bezlitosnego pana przechodziły w skandowanie, dla którego tłem były piekielne płomienie.

Sobotni wieczór zgromadził bardzo liczną publiczność. Nie była ona w stanie pomieścić się w namiocie, część widzów zajęła więc miejsca pod rozgwieżdżonym radziejowickim niebem. W niedzielę kolejny koncert – tym razem Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Świętokrzyskiej im. Oskara Kolberga w Kielcach zagra utwory Zygmunta Noskowskiego, Maksa Brucha i Roberta Schumanna. Serdecznie zapraszamy!

       

Tekst: Monika Borowska
Foto: Bartosz Szustakowski

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress