Festiwal piórem Tomasza Cyza

Tomasz Cyz (facebook.com/tomasz.cyz)

Tomasz Cyz (facebook.com/tomasz.cyz)

Festiwal im. Jerzego Waldorffa gości znaczące osobowości nie tylko na scenie, ale także na widowni. Jedną z nich jest Tomasz Cyz – publicysta i eseista, piszący najczęściej o muzyce. Publikował w „Tygodniku Powszechnym”, „W drodze”, „Didaskaliach” oraz w „Zeszytach Literackich”, gdzie jest także członkiem redakcji. Za swoje teksty otrzymał m.in. nagrodę im. Józefa Czapskiego oraz Nagrodę Fundacji Kultury. Był dramaturgiem Teatru Wielkiego – Opery Narodowej za dyrekcji Mariusza Trelińskiego oraz redaktor naczelnym internetowego pisma „Dwutygodnik”. Obecnie jest redaktorem naczelnym miesięcznika „Ruch Muzyczny”. Temperament i erudycja recenzenta nie pozwalają Tomaszowi Cyzowi ograniczyć się do roli biernego słuchacza i na bieżąco spisuje swoje wrażenia z festiwalowych koncertów, ubierając je w formę krótkich impresji. Barwny język, nieoczywiste skojarzenia i wiedza sprawiają, że jest to wspaniała lektura, stanowiąca doskonały komentarz do muzyki. Zamieszczamy je poniżej i zapraszamy do czytania!
 
Wieczór drugi SACRUM
Cztery utwory z rosnącym czasem trwania, stopniem komplikacji, ze zwiększającą się obsadą. A wszystkie zanurzone w specyficznej polskiej religijności. Najpierw prosty chóralny hymn a capella Gaude Mater Polonia Wincentego z Kielczy (do słów Teofila Klonowskiego), śpiewany od wieków (powstał w 1253 roku z okazji kanonizacji św. Stanisława ze Szczepanowa, biskupa krakowskiego) przy wielu okazjach – który w wykonaniu Zespołu Śpiewaków Miasta Katowice Camerata Silesia zabrzmiał dostojnie, radośnie, czysto. Dalej kolejny hymn – Jana Kochanowskiego Czego chcesz od nas Panie z muzyką Józefa Świdra z 1977 roku – którego prostota i jasność urzeka, i nie zmienia tego wprowadzająca chwilowe napięcia partia harfy (wspaniale realizowana przez Agatę Galik). Jeszcze chóralne Agnus Dei Wojciecha Kilara, zatrzymane w powtarzalnych zwrotach męskich głosów, z niewielkimi odchyleniami w głosach żeńskich. Cichy lament brzmiący jak odległe bicie dzwonów, do których dołączył się wiatr poruszający festiwalowym namiotem. Wreszcie, po przerwie, Msza Ex D Józefa Zeidlera (1744-1806), którego muzykę pisaną w filipińskim sanktuarium w Gostyniu po latach odkrywamy i cieszymy się z jej ponownej obecności – szczególnie wtedy, gdy na pulpit kładą ją muzycy pokroju Iwony Sobotki (sopran), Elżbiety Wróblewskiej (mezzosopran), Tomasza Krzysicy (tenor), Jarosława Bręka (bas) i orkiestry Sinfonia Varsovia pod wrażliwą batutą Jerzego Maksymiuka. Wyróżniłbym jeszcze Liliannę Stawarz przy klawikordzie (chyba nikt tak czule nie potrafi grać tak prostych dźwięków). A z solistów Iwonę Sobotkę, w której głosie czuć cały wszechświat. „Talent zawdzięcza się Stwórcy” – zwykł mawiać Wojciech Kilar. Dzięki sumie talentów w Radziejowicach w niedzielny wieczór czuć było Jego obecność. Choćby na chwilę.

 
Wieczór trzeci KAMERALNY
Jego bohaterem była – poza muzyką polską – młodość. Grał bowiem zespół Warsaw Players,złożony ze studentów UMFC, pod nieobecność swojego szefa i założyciela, Janusza Wawrowskiego, grający pod kierownictwem Bartosza Worocha. Debiutowali rok temu we wrześniu, także w Radziejowicach. Tym razem przygotowali program barwny, zmienny, pełny emocji i finezji, który porwał słuchaczy do gromkich braw na stojąco. Wszystko zaczęło się jednak od słowa – od Kwiatów polskich Juliana Tuwima, namiętnie i lirycznie przeczytanych przez Joannę Szczepkowską. Następnie zabrzmiała Podróż w czasie (1965) Stefana Kisielewskiego – utwór słusznie określony przez biografkę kompozytora,Małgorzatę Gąsiorowską, jako „wesoło-smutno-wesoły”. Najciekawszy były jednak pokłady humoru zapisane w tej muzyce przez Kisiela, które młodzież – wyczuwająca ironię w lot – podkreśliła w wykonaniu. Jeszcze przed przerwą serca słuchaczy porwał wiolonczelista Marcin Zdunik – wciąż młody, choć przywozi już do Radziejowic swoich uczniów. W jego (i Warsaw Players) interpretacji usłyszeliśmy Fantazję na wiolonczelę i orkiestrę op. 52 (1956) Mieczysława Weinberga – wielowątkową narrację rozpiętą między melancholią, tańcem, lamentem i groteską, pomiędzy którymi Zdunik (wraz z młodymi instrumentalistami) skakał jak linoskoczek. Fantastycznie. Na bis zabrzmiał Kaprys polski (1949) Grażyny Bacewicz – wirtuozowski i perfekcyjny. W literze i interpretacji. Wreszcie druga część – jakby pod publiczkę. Najpierw zmienna w nastrojach i fakturach, z wbijającym się w pamięć walcem i tematem głównym Serenada na orkiestrę smyczkową op. 2 (1897) Mieczysława Karłowicza. Po niej samograj: Orawa (1986) Wojciecha Kilara. Jak mówił kompozytor w jednym z wywiadów: „Orawa jest jedynym utworem,w którym nie zmieniłbym żadnej nuty, choć przeglądałem go wielokrotnie. […] Spełnia się w niej to, do czego dążę, aby być jak najlepszym Kilarem”. Ciekawe, co powiedziałby po wykonaniu w Radziejowicach, w którym młodzież dała z siebie wszystko, a publiczność nie mogła się doczekać, żeby po pauzie generalnej – którą niewprawny słuchacz mógłby odczytać jako finał – kiedy triumfalnie powraca główny siedmiodźwiękowy motyw zwieńczony następstwem akordów i charakterystycznym góralskim okrzyk („Hej!”), dać wyraz swojemu zachwytowi. Najlepszy z najlepszych Kilarów? Może. I jeszcze sprawa tytułu koncertu. Kameralnie? Festiwalowy namiot, mimo niesprzyjającej aury, znów był wypełniony po brzegi. Niech ta tradycja radziejowickich spotkań muzycznych pod patronatem mistrza Waldorffa się nie zmienia. Hej!
 
Wieczór czwarty PIEŚNI ŻAŁOSNE
Był inny niż wszystkie. Musiał być, bo kiedy na pulpity muzycy kładą nuty III Symfonię „Symfonia Pieśni Żałosnych” (1976) Henryka Mikołaja Góreckiego, jest inaczej. Czas musi się zatrzymać, publiczność – wstrzymać oddech, a muzycy (w ten wieczór orkiestry Sinfonia Varsovia) – wytrzymać w napięciu te kilkadziesiąt minut dziejących się wśród niewielkich zmian, pomiędzy oddechem i skurczem, narastaniem i wyciszaniem, niebem i ziemią. Publiczność została przygotowana, bo najpierw Jerzy Kisielewski opowiedział(jak zwykle krótko i ze swadą) historię sukcesu utworu, a potem aktorka Teatru Narodowego, Ewa Wiśniewska, przeczytała – prosto i niewinnie – słowa, które kompozytor użył w Symfonii. Już chciało się muzyki. Dyrygent Andrey Boreyko czułym gestem wprowadzał kolejne instrumenty (od kontrabasów po skrzypce) w pierwszej części, doskonale – jak demiurg – panował nad emocjami, czasem, przestrzenią. Wreszcie stworzył idealne miejsce śpiewowi. Tylko: czy to był śpiew? Iwona Sobotka w radziejowickim namiocie – który na tę chwilę stał się świątynią, czyli miejscem, w którym dźwięk nie zamiera zaraz po zagraniu, tylko trwa, istnieje – stworzyła coś, co można zamknąć w słowie: kreacja. Ale to za mało. To był teatr, ale taki, który dzieje się w wyobraźni. Bo Iwona Sobotka, wyśpiewując kolejne frazy III Symfonii „Symfonii Pieśni Żałosnych”, najpierw rodziła je w wyobraźni, która podsuwała jej obrazy, stany, miejsca, nakazujące trwać w niemożliwym napięciu od pierwszej nuty do ostatniej. Następnie, uruchamiając cały aparat wykonawczy – pozornie powściągliwie – budziła śpiewem nasze wyobrażenia: o bólu matki tracącej dziecko, o samotności dziecka skazanego na śmierć. A one, dzięki wspólnocie doświadczeń, przyniosły ulgę.
 
Wieczór piąty SONATY CHOPINA
Podobno nie było na świecie takiego koncertu, w którym zaprezentowano, w porządku chronologicznym (i opusowym), cztery Sonaty Fryderyka Chopina: c-moll op. 4 (1827-1828), b-moll op. 35 (1837-1839), h-moll op. 58 (1844) oraz Sonatę g-moll na fortepian i wiolonczelę op. 65 (1847). Brawa więc dla pomysłodawcy, dyrektora Pałacu w Radziejowicach Bogumiła Mrówczyńskiego, za ów szatański wręcz koncept.
Sonatę c-moll op. 4 Elżbieta Karaś-Krasztel przeczytała nam rzetelnie, dynamicznie i z pasją. Choć w trakcie słuchania tego trudno łączącego się w całość utworu pomyślałem, że chcę usłyszeć, jak wykonuje go ktoś taki jak Piotr Anderszewski. Łukasz Byrdy Sonatę b-moll op. 35 wykonał żarliwie. Lubię, kiedy muzycy są w środku muzyki, nie opuszczają jej nawet gdy ona jest narowista. Byrdy świetnie zna ten utwór, ciekawie kiełzna jego formę, wydaje się go bardzo lubić. Chciałbym posłuchać, jak gra go za kilka lat. Sonata h-moll op. 58 nie jest tak efektowna jak jej poprzedniczka: jakoś wewnętrznie sprzeczna, napięta, dzika. Karolina Nadolska grała te dźwięki czule, szlachetnie, a trzecia część Largo wypełniał piękny śpiew nocy.
Palma pierwszeństwa sonatowego wieczoru należy się zaś Sonacie g-moll na fortepian i wiolonczelę op. 65 – nie tylko dlatego, że to najdojrzalszy z wykonywanych utworów. Swoje zrobili muzycy: Szymon Nehring (fortepian) i Marcin Zdunik (wiolonczela). Uważnie słuchający siebie nawzajem, doskonali w realizacji własnych partii, namiętni we wspólnych splotach. A już za wykonanie trzeciej części – dziecięco prostego, niewinnego, zapatrzonego w dal Largo – mogliby pójść do nieba. Gdyby istniało. Publiczność – znów (choć w Radziejowicach to norma) – dopisała w komplecie. Wzruszyły mnie siedzące na podłodze, blisko estrady, dzieciaki, a szczególnie jedna dziewczynka, około 9-10 lat, która palcowała Sonatę b-moll równolegle z solistą.
 
Wieczór szósty RETRO
Wieczór kontrastów, tworzonych i rozpatrywanych wielopoziomowo. W pierwszej części bowiem usłyszeliśmy muzykę sprzed (średnio) ponad stu lat, która w większości pozostaje w zapomnieniu. Może poza otwierającą koncert Legendą Henryka Wieniawskiego, którą każdy koncertujący skrzypek musi się kiedyś nauczyć (i publicznie zagrać), marząc choćby o występie na konkursie w Poznaniu. Przecież nikt – no dobrze, prawie nikt – muzyki Adama Wrońskiego (1850/51-1915), Maurycego Moszkowskiego (1854-1925), Emila Młynarskiego (1870-1935) na co dzień w salach koncertowych Polski nie wykonuje. A szkoda, bo to, co wychodziło spod palców Pauliny Sokołowskiej (skrzypce) i Janusza Olejniczaka (fortepian) wskazywało, że to muzyka czysta emocjonalnie i warsztatowo, efektowna, chwytająca za serce i duszę, autentyczna. Duża w tym zasługa Pauliny Sokołowskiej, która za swój artystyczny cel obrała wykonywanie tego, co zapomniane z przeszłości. Serenada Moszkowskiego czy miniatury Młynarskiego (Kołysanka!) powinny na stałe wejśćdo programów recitali, nie tylko w Polsce. W drugiej części diametralna zmiana: przy fortepianach Jerzy Maksymiuk i Janusz Olejniczak, przed mikrofonem – w trzech piosenkach do słów Ewy Piaseckiej – Katarzyna Moś. W programie materiał z płyty Retro, która jesienią ukaże się w Wydawnictwie Agora. Retro to kompozycje i aranżacje Jerzego Maksymiuka. To barwny i wirtuozowski powrót do przeszłości pod postacią charlestonów, swingów i tang. To kunsztowne kompozycje grane na dwa fortepiany (ale możliwe do wykonania na cztery na ręce) przez pianistę-wirtuoza (Olejniczak) i pianistę-kompozytora (Maksymiuk). To świetna zabawa, którą gwarantują fantastyczni muzycy.Nie wiem (jeszcze), jak to brzmi na płycie. Na żywo – znakomicie.
 
Wieczór siódmy RECITAL
Przy fortepianie Paweł Kowalski. Jeśli recital, to liczymy półtora, góra (z bisem) dwie godziny. Ale w Radziejowicach czas liczy się inaczej i fortepian zamilkł… około północy. Na bis zabrzmiało… Larghetto z II Koncertu f-moll op. 21, wcześniej także słuchaliśmy głównie muzyki Fryderyka Chopina (między innymi Ballada g-moll op. 23, Scherzo b-moll op. 31, Preludium e-moll i fis-moll z op. 28, Walc „minutowy” op. 64 nr 1, Andante spianato i Wielki Polonez Es-dur op. 22, Polonez As-dur op. 53). Paweł Kowalski świetnie wyczuwa fale płynące od widowni (a trzeba przyznać, że festiwalowy namiot znów pękał w szwach); panuje nad nią– nie tylko od instrumentu, także z mikrofonem w ręku. Jego pianistyka jest efektowna, dojrzała, zaangażowana, ze słabością (odwzajemnioną) do Chopina. Ciekawe jednak, że w pamięć – poza chopinowskim finałem Wielkiego Poloneza Es-dur op. 22, który zabrzmiał fantastycznie – okazały się dwie interpretacje. Własna wariacja-fantazja na temat Kołysanki Rosemary Krzysztofa Komedy. Oraz Etiuda b-moll op. 4 nr 3 Karola Szymanowskiego. Paweł Kowalski podczas recitalu łączył utwory w grupy, płynnie przechodząc z jednego w drugi. I gdzieś pomiędzy Chopinami, nagle, jak perła, wyrosła ta Etiuda. Zagrana czysto, w skupieniu, wyciszeniu. W ciszy. Brawo.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress