Franciszek Maśluszczak

Franciszek Maśluszczak (ur. 1948 w Kotlicach) – jeden z najwybitniejszych polskich malarzy współczesnych o niepowtarzalnym, onirycznym stylu obrazowania. Również grafik i satyryk, szeroko znany z łamów m.in. tygodnika Szpilki w okresie jego świetności. Autor słynnej Drogi Krzyżowej w kościele p.w. Wniebowstąpienia Pańskiego na warszawskim Ursynowie. Laureat wielu nagród, bohater filmów dokumentalnych i książek, filantrop, przeznaczający corocznie kilkanaście prac na cele charytatywne.

 

 

Uciekając przed linią prostą

 

Jak pan trafił do Radziejowic?

W 1961 roku, a może w 1962, w Zamościu, w urzędzie miejskim wystawiono pierwszy telewizor. Szkoły chodziły na pokazy. Strasznie śnieżyło, niewiele było widać. I w tym telewizorze, zza śniegu, pojawiał się Jerzy Waldorff, który już wcześniej bywał w moim rodzinnym domu poprzez radio. Wybitny mówca, jeden z niewielu ludzi, który potrafił skupić na swoich słowach całkowitą uwagę słuchaczy. Rozpędzał się w felietonie, zaczynał i kończył w wielkim porządku. Nie potrzebował rozmówcy. Mówił o muzyce. A muzyka była dla mnie zawsze bardzo ważna. Już w czasach szkoły podstawowej wiązałem moją przyszłość z orkiestrą wojskową.

Nie z malarstwem?

Nie od razu. W szkole przechodziłem wprawdzie z klasy do klasy, ale nie z takim świadectwem, żeby ojciec był zachwycony. Czemu ty się nie uczysz matematyki?! Czemu polskiego nie czytasz?! Tylko mażesz i mażesz! Bratu podwędziłem jakieś akwarele i mazałem wystawiając język. Ty się ucz a nie maż!
I to mazanie było dla mnie źródłem wstydu. Stryjenkę pszczoły pokąsały, miała pożądloną twarz, zapuchnięte oko. Narysowałem ją i pobiegłem pokazać moje dzieło. Okrzyczała mnie okropnie…
Mówiło się, że mogę nie zostać dopuszczony do egzaminu do liceum. A chłopcy szli do wojska, zostawali muzykami wojskowymi. Też sobie wyobrażałem, że będę chodził po mieście z jakimś pięknym, blaszanym instrumentem. Otwierają się okna w kamienicach, zawiasy skrzypią, wiatr uderza okiennicami. Sporo starszych ludzi i młodych, i panienek, i wszyscy patrzą, i wszyscy słuchają!  Myślałem więc, że jeśli nie dostanę się do liceum, mogę właśnie do wojska, do orkiestry…
W Kotlicach, we wsi, w której się urodziłem, zawiązało się kółko muzyczne. Przyjeżdżał z Zamościa dyrygent orkiestry wojskowej, przywiózł akordeon; iluś chłopców się zapisało. Przez dwa miesiące chodziłem na ten kurs, co drugi dzień. Z pasją uczyłem się muzyki. Na dwudziestu kilku, kurs skończyło czterech, w tym ja.
No i słuchałem Waldorffa, zbliżając się, jak pan chce, do Radziejowic. Potem okazało się, że wszyscy grają na gitarach. Waldorff się nie wyśmiewał z bigbitu, tylko mówił, że to już nie jest jego muzyka.
Waldorff przewijał się też przez Zamojszczyznę. Rozpropagował Poturzyn, miejscowość, do której Chopin przyjeżdżał w odwiedziny do Tytusa Wojciechowskiego. Jeździł Waldorff śladami Chopina, opiewał prowincjonalne miejscowości, wydobywał ich istnienie dla ogółu. A tam, na Zamojszczyźnie jest sporo miejsc jakoś ważnych dla polskiej kultury. W niedalekim Grabowczyku, Sienkiewicz bywał w majątku przyjaciela, Władysława Czachórskiego, malarza obrazów przepięknych. Panie w kwiatach, w różach, w salonach, z wazonami, z ceramiką. Tak ładne, że aż za ładne. Sztuka bowiem nie lubi perfekcji, w każdym razie – nie zawsze. Tak malowali uczniowie Breugla, tak malował warzywno-owocowy Giuseppe Arcimboldo[1]. Perfekcja jest potrzebna, ale… na Ziemi bywa chwilowa; widzimy kwiat w rozkwicie, ale po chwili już płatki opadają na ziemię. W malarstwie było trochę perfekcjonistów; na przykład morskie tematy malowano do przesady.

Ajwazowski?

Nie, on właśnie nie. Ale coś, co się czasem widzi w muzeach…

Pan ma po prostu na myśli kicz?

Tak. Ale z drugiej strony, percepcja się z czasem zmienia. Kicz przestaje być kiczem. Jarosław Iwaszkiewicz nie znosił secesji, wszechobecnej w czasach jego dzieciństwa i młodości. Zawijasy, naczynia, ścianki talerza, filiżanki, z których trzeba igłą wydłubywać osad herbaty, patery, których nie sposób odkurzyć. A jak się rozproszyły te przedmioty secesyjne; jak stało się ich mniej, to już Iwaszkiewicz był gotów się nimi zachwycać.

Tędy zmierzamy do Radziejowic?

Proszę pamiętać, że stale gdzieś w tle jest Jerzy Waldorff i jego opowieści o muzyce.

W końcu nie został pan muzykiem.

To moje mazanie…

Rysował dym. Ściślej mówiąc –  rysował nieostrość, którą dym nadawał przedmiotom dosłownym, bo rzeczywistym.

To pan sobie wziął od Krallówny…

Tak, to Hanna Krall o panu, z tomu Taniec na cudzym weselu…

Wyjaśnię skąd ten dym. Ojciec był stolarzem. Robił na zamówienia łóżka, ramy do obrazów, krzesła. Brat ma po dziś dzień trochę mebli roboty taty. Ponadto ojciec robił trumny i drewniane elementy wozów.

Kołodziej…

U nas się mówiło stelmach. Byłem zafascynowany odpadami po pracy ojca, klockami, wiórami układającymi się w sprężyny. Teraz przy maszynowej obróbce lecą tylko drobne trociny. Ręczny hebel pozostawiał wstążeczki. Budowałem z tego architekturę na tekturkach. Wióry pięknie pachniały rozmaitymi rodzajami drewna, gatunek drewna można było określić po zapachu. Kiedy ojciec zaczynał heblować, wchodziłem do niego i czekałem na obrzynki. To był świat moich zabawek. Stał tam piec metalowy z długą rurą idącą przez całe pomieszczenie, żeby szybko nagrzać warsztat; rura tak gorąca, że odpalano od niej papierosy. Ojciec palił tam odpadami stolarskimi. Czasem, gdy powiał wiatr, ze złączeń rury wylatywał dym. Miał ładną formę. Dzisiaj, (zauważył pan…?) dzisiaj nie ma już tych dymów, gdzieś się zagubiły. Dym, jak zjawa, miał jakiś kształt, był i znikał. To o nim pisze Krallówna.
Byłem nasączony strachem obcowania z duchami. Kiedyś przebudowywano koło naszej wsi drogę, wykopywano czaszki, piszczele. Bałem się niesamowicie, że tam tkwią jakieś duchy, które mogą mnie zaatakować. Rysowałem walki tych szczątków, walki piszczeli, bo nie umiałem sobie wyobrazić, jak dalej wygląda szkielet; jak na przykład narysować miednicę. Nie wiem skąd ta fascynacja światem resztek ludzkich. Ojca to zaniepokoiło, chciał żebym przestał. Zaraz, na początku szkoły pojechaliśmy na wycieczkę do Zamościa, i wtedy mnie, siedmioletniego, zaprowadzono do Zamojskiej Rotundy, słynnego miejsca straceń. Pamiętam ślady tych zamordowanych, napisy, w rodzaju Mamo, kocham cię, chęć utrwalenia się. To mnie przerażało, było czymś dla dziecka nie do zaakceptowania. Byłem przerażony tym, że wojna przyjdzie, o czym wtedy dorośli mówili. I wyobrażałem sobie, że jak będę starszy to wyrwę z torów szynę kolejową i walnę nią w wojnę, którą rozumiałem jako postać, i wybiję jej zęby…

Namalował pan kiedyś tę wojnę?

Nie mam już tych obrazów. W czasach młodości, zaraz po dyplomie, siedziało jeszcze we mnie okrucieństwo, takie bez bólu, ale idące w stronę strachu, przerażenia. W pewnym momencie odwróciłem się od tego. Musiałem użyć wobec siebie pewnej siły, żeby wejść na inny teren.

Dlaczego pan zdecydował się wyjść z tych kolein?

Bo zobaczyłem, że świat jest piękniejszy. Młody człowiek ma w sobie więcej agresji niż ktoś dojrzały. Z wiekiem przychodzi mądrość. Ale zdumiewa mnie to, że tamte obrazy były potrzebne. Natychmiast je sprzedawałem. Niektórzy myślą, że ja tak maluję do tej pory.

Wracamy do dzieciństwa. Rysował pan dym i marzył o orkiestrze wojskowej.

Tak. W szkole podstawowej był kierownik o królewskim nazwisku, pan Józef Poniatowski. Mój, można powiedzieć, pierwszy mistrz. Jako kierownik mógł wybierać, jaki przedmiot będzie prowadzi i brał dla siebie lekcje rysunku. Ustawiał jakieś przedmioty, kazał nam rysować, a sam patrzył w okno i cieszył się, że ma czas dla siebie. Podczas jednej lekcji potrafiłem zrobić cztery rysunki, i to tak z biglem, z pewną wyobraźnią, wypracowaną w dzieciństwie, gdy obracałem się między sztuką sakralną cerkwi i kościoła. Bo te Kotlice były wielokulturowe; unici, katolicy, kolorowe tabory cygańskie, Żydzi, których już fizycznie wprawdzie nie było, ale byli we wspomnieniach rodziców i dziadków, którzy nawet znali kilka słów po hebrajsku. W cerkwi czułem się jak w niebie… Kiedy się spaliła nie mogłem sobie darować, że nie pokradłem ikon… W pewnym momencie pan Poniatowski pyta, a skąd ty wiesz, że to tak trzeba narysować? I zasugerował, że może do liceum plastycznego. Zawiozłem do Zamościa do liceum moje akwarele. Jestem leworęcznym choć piszę prawą ręką, bo mnie lano za pisanie lewą. Egzamin. Nauczyciel patrzy, więc rysuję oburącz. Zorientował się. O, mańkut! Cała grupa w śmiech – Mańkut! Robię się czerwony, na nosie mam krople potu. A nauczyciel: Nie przejmuj się, szmajo, rysuj dalej! Biorę piórko do prawej ręki, ni cholery nie wychodzi. Więc się odważyłem wziąć do lewej. I tak się znalazłem w dość elitarnej grupie przyjętych do liceum.

A ojciec co na to, zaaprobował mazanie?

Wszyscy mnie ciągle straszyli, że nie zarobię na chleb. Ten mit, legenda, czy może prawda o biednych artystach były dość powszechne. W Szydłowcu koło Kielc zamieszkał na starość Władysław Aleksander Malecki, wspaniały malarz, ale bardzo biedny, nędzarz po prostu. Władze miejskie dostarczały mu obiady w trojakach. Jakiś rajca jednak zapomniał czy przeoczył; obiadu nie było i Małecki umarł z głodu. A mnie się udało.
Żeby jednak znowu zbliżyć się do Radziejowic. Trafiłem do Warszawy, na Akademię Sztuk Pięknych. I skoro pan chce o Radziejowicach, to wspomnę, że na studiach już całkiem wyraźnie usłyszałem, że jest taki pałac. Że to elitarny klub, że jeżdżą tam wybrani, że króluje tam właśnie Waldorff…

Jak na Akademii udało się panu ocalić własny styl?

Nie było to takie proste i oczywiste. Już w Zamościu miałem pedagogów, którzy kończyli studia we Lwowie, w Krakowie, w Warszawie, i w Wilnie. Uczniowie Wojciecha Weissa, Ferdynanda Ruszczyca, Mieczysława Kotarbińskiego. Byli więc to ludzie o różnych, ale bardzo ustalonych,  poglądach. I we mnie powstawało coś na kształt Wieży Babel. W Akademii byłem już uprofilowany, wiele rzeczy już poznałem; jeździłem na wystawy i przyglądałem się sztuce. Zauważyłem, że profesor ukierunkowuje w pewną stronę. Kiedy robię coś według mojego widzenia, jestem gorzej oceniany. Rozdzieliłem więc moją malarską autostradę: dla profesora robiłem to, czego chciał, za piątki w indeksie, za wyróżnienia i za stypendium; a potem uciekałem w moje klimaty.
Pokazałem kiedyś profesorowi te obrazy prywatne, profesor mówi: Po co? Poślinił palec, dotknął do czoła, Pssst! – zaszumiał jak woda na kuchennej blasze. Wskazał na sztalugę z obrazem, który malowałem na zajęciach. O to! O, to niech pan robi!  A z tamtym niech pan sobie da spokój.

Nie spychali pana w stronę sztuki niefiguratywnej?

Duże znaczenie ma ten świat wschodu, w którym się wychowałem. Świat imaginacji i wielości świątyń. W Zamościu mieszkał Icchok Lejb Perec, poeta, pisarz – genialny, wybitny, jeden z geniuszy żydowskich, no i Bolesław Leśmian, którym jestem nieodmiennie zachwycony.
Tyś pociosał stodołę w cztery dni bez mała
Ale kto ją stodolił, by – czem jest – wiedziała?
Postaci, jak z Leśmiana, w czasach mojego dzieciństwa przewijały się w opowieściach. To był duch tamtego miejsca. Na Leśmiana też oddziaływał. Gdyby Leśmian wyjechał na przykład na Śląsk, to i jego poezja byłaby inna. Nie byłoby Czmura, Dusiołka, Dwóch Maciejów…
Trudno jest przywieźć ze sobą świat w inne miejsce. A mnie udało się przekonać grupę ludzi, że ciekawe może być nie tylko malowanie dekoracyjne, czyli nie tylko tworzenie czegoś, co ma być wyłącznie estetyczne dla samego estetyzmu, co jest tylko żarem emocjonalnym. Że sztuka która niesie coś poza wrażeniem też jest potrzebna. Ale abstrakcje czy chlapanki istnieją nie tylko na płótnach awangardowych malarzy. Zobaczyłem je kiedyś w naturze, patrząc na żyletkę pod mikroskopem.
Tyle wielkości za czasów mojego życia, upadło; może oni przeszli do czyśćca; koło się odwróci i oni znowu będą.

Upadli są zazwyczaj epigoni. Pionierzy żyją nadal.

Pierwsi malarze niefiguratywni wychodzili z korzeni sztuki, widać że potrafili farbę położyć, jak muzyk smyczkiem prawidłowo po strunie jeździ. Tak pięknie kładli farbę, że ich prace budzą zazdrość, choć nie jest to przedstawiające. Farba perli się. Potrafili to! To trzeba zauważyć. Bo potem porzucono warsztat. Sztuka się zmienia. Zmienia się odbiorca. Impresjoniści zmienili nasz wzrok. Rewolucja techniczna, telewizja, komputer, internet – bardzo wiele zmieniły w postrzeganiu. Nauczyliśmy się nowych kolorów. Istnieje tak zwana dowolność. Sztuka przedstawiająca ciąży w stronę wyświetlanego obrazu i fotografii. A co do sztuki nieprzedstawiającej, coraz częściej będzie to deptanie innym po piętach. Jest czarny kwadrat, można namalować żółty.

Skąd się biorą tematy pana prac?

Czasami jest podpatrzenie, zobaczenie, zafascynowanie się wyglądem. Każdemu cały czas coś wpada do głowy, ale nie wie, że to można zatrzymać. A w postaci rysunku – można.  Mam szkicowniki, w których właściwie codziennie coś sobie notuję.
Czasami, w jałowych momentach, gdy obraz nie daje się malować, sięgam do szkicownika, ale nie po to, aby coś przerysować, ale żeby użyć szkicownika jako swego rodzaju haka, z pomocą którego coś wyciągnę. Bywa, że zaczynam od niewiedzy, co to ma być. Kreślę sobie, mażę pędzlem plamy, i… gdzieś samo się komponuje. Podejrzewam, że podobnie zasada obowiązuje i w innych gałęziach sztuki, że kompozytor nie od razu widzi całość utworu; tylko zaczyna jeden takt, i ten tak, właśnie jak hak, jak mój szkicownik, pociąga takt następny.
A bywa i tak, że mimo włożonego wysiłku, muszę zmazać. Na jednej kartce nie wychodzi, na drugiej nie wychodzi, na jednym płótnie nic, i na drugim nic. Trzeba wtedy przełamać siłowo ten moment kryzysu; udowodnić, że jestem silniejszy niż ta niechętna farba, niż to podłoże. Czasem i to nie pomaga. Mam takie obrazy, które dawno temu porzuciłem. Od czasu do czasu wyciągam któryś z nich, i kończę. I to się udaje! Kiedy obraz już długo jest porzucony, zostawiony, traci siłę do walki ze mną, wtedy już tylko czeka, żeby się stać jakimś ważnym, bo ja wiem… ważnym świadectwem swojej powierzchni.

Obraz przychodzi do przekonania, że postawa psa ogrodnika nie ma sensu.

Jest coś takiego. A swoją drogą te szkicowniki przydają mi się nie tylko jako hak. Leciałem kiedyś do Paryża; tym samym rejsem podróżowała grupa ortodoksyjnych Żydów – chałaty, pejsy, jarmułki. Jeszcze na Okęciu mieli swoją specjalną koszerną strefę, ze smacznym koszernym jedzonkiem i z koszerną pejsachówką. Wkradłem się tam do nich, wypiłem kilka kieliszeczków. I sobie ich rysowałem w szkicowniku. Mija jakiś czas, przychodzi do mnie Aleksander Rozenfeld, który pozbierał swoje ulubione szmoncesy, i pyta, czy nie zechciałbym ich zilustrować. No i okazało się, że w tym moim szkicowniku mam cały komplet ilustracji do jego książki!

Rysunek to też przedmiot, który wykładał pan przez blisko czterdzieści lat na Politechnice.

Uczyłem studentów architektury postrzegania koloru; w tym koloru wędrującego, że – jak w Katedrze Moneta, latem inaczej, zimą inaczej; uczyłem rysunku, ładu, kompozycji, proporcji. Pomagałem im uciekać przed linią prostą, czyli przed tym, czego nie ma w przyrodzie, a jest na Politechnice.

Znajduję głębokie nieszczęście we współczesnych tzw. dworkach i to nawet nie tych z garażami i sidingiem, ale nawet w tych, które niby to w pełni są inspirowane starą architekturą. Coś w nich jednak nie gra; i nie jest to tylko sprawa patyny. Właśnie o linię prostą chodzi?

Tak. Wszystkie te ganki, ganeczki z kolumnami robi się z odlewów cementowych w rurze. A dawniej wziął ktoś siekierę, ociosał. Jedna od drugiej się różniła. Kiedyś, jak kamieniarz miał kawałek marmuru włoski czy grecki, to gdzieś mu się trochę omsknęło, zrobił woltę, zaniżył, zawyżył, to trochę faluje. Oko nie lubi linii prostej. Boimy się jej, że się o nią skaleczymy, albo, że ją jakoś obtłuczemy. No i w dworach była dawniej ściana i był przepiękny wielki dach. Teraz te dachy są niższe.

Chyba już się przebiliśmy do Radziejowic?

O tak! Na studiach mieszkałem w Dziekance, w akademiku szkół artystycznych. Na korytarzu bez przerwy się rozlegała i muzyka, po kilka taktów, i recytacja, i ćwiczenia dykcji.  Na przykład powtarzane wciąż słowo szksypcze. Różni aktorzy, Krzyś Kelberger, Ewa Ziętek, Dorota Stalińska. Poznałem tam też Wojtka Siemiona. I kiedy już jeździłem do niego do Petrykoz, mijałem Radziejowice. Wjechałem kiedyś zobaczyć. Ale patrzę: brama, stróż, odjechałem. Czyli, że rzeczywiście, klub dla wybranych, tak sobie myślałem…
A potem Wojtek zrobił w Radziejowicach wystawę darów malarzy dla szkoły imienia Chełmońskiego w Kuklówce. Wprawdzie na tej wystawie być nie mogłem, ale żona pojechała, i wróciła zachwycona. I jakoś tak od wystawy do wystawy, od wernisażu do wernisażu, zacząłem bywać. Zobaczyłem ten piękny park, pałac; to wspaniałe miejsce. Lewostronne Radziejowice – pałac, i prawostronne – miejsce dla twórców. Tu się gra, tu malują, tu piszą, tu koncertują….
No i jeszcze Chełmoński jak magnes. Muzea pokazują jego dzieła pierwszoplanowe, a te z Radziejowic, zostawione trochę na uboczu, są równie ważne, choć mniej znane. Można zobaczyć to, co jest istotne dla oglądania; nie tylko rzeczy już zamknięte i dopięte, ale też drogę, którą Chełmoński dochodził do gotowego dzieła; szkice, warianty; na przykład do słynnych Bocianów.
Miałem dużą wystawę indywidualną w Radziejowicach, brałem udział w wystawach zbiorowych, prowadziłem plener dla malarzy nieprofesjonalnych, przyjeżdżam na koncerty. Wie pan co tam jest najdziwniejsze?

Chętnie się dowiem.

Widzi pan, że przez wiele lat słyszałem o Radziejowicach, że to takie wspaniałe miejsce, że pięknie, że cudownie, że przewspaniałe. No mityczne po prostu, aż strach przyjeżdżać, żeby się nie rozczarować. A potem przyjechałem…

I rozczarował się pan?

Właśnie nie! I to jest dziwne. Bo zwykle rzeczywistość okazuje się znacznie skromniejsza od wyobrażeń.

 

Gabriel Michalik,

Radziejowice, Sierpień 2017

[1]    Giuseppe Arcimboldo (1527-1593), włoski malarz okresu manieryzmu uważany za jednego z praojców surrealizmu. Jego najbardziej znane prace to portrety i kompozycje rodzajowe ułożone z martwej natury, przede wszystkim z warzyw i owoców.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress