Gustaw Zemła

Gustaw ZemłaGustaw Zemła (właśc.: Kazimierz Gustaw Zemła), ur. 1931 w Jasienicy Rosielnej. Wieloletni profesor warszawskiej ASP, prorektor Akademii, dziekan Wydziału Rzeźby. Jeden z najwybitniejszych współczesnych polskich rzeźbiarzy. Jego głęboko chrześcijańska twórczość zakorzeniona jest w tradycji antycznej. Łącznikiem między tymi dwoma, wydawałoby się odległymi, światami wartości, pozostaje sam artysta. Najbardziej znane prace Gustawa Zemły to: Pomnik Powstańców Śląskich w Katowicach (1967), Pomnik Czynu Polaków w Szczecinie (1979), Polegli Niepokonani w Warszawie (1973).

Latem 2015 roku w parku radziejowickim odsłonięto wykonany przez profesora Zemłę a zaaranżowany przez jego studenta, rzeźbiarza Pawła Pietrusińskiego, pomnik upamiętniający egzekucję około dwudziestu Polaków, rozstrzelanych tu w 1944 roku przez wycofujący się oddział niemiecki.

O tym jak antyk spotyka się z gotykiem, o Radziejowicach i o tym, co dzieje się z kamieniem pod dłonią artysty, z Gustawem Zemłą, jednym z najwybitniejszych polskich rzeźbiarzy współczesnych rozmawia Gabriel Michalik.


Uskrzydlony krzyż

 
Nad czym pan teraz pracuje, panie profesorze?

O tu, widzi pan? Na środku stoi.

Piękny anioł.

To jest nasz nagrobek.

Pana nagrobek?!

Mój. Rodziny Zemłów.

Pomyślałem o tych zakonach klauzurowych, w których mniszki sypiają w trumnach.

Z trumny lepiej życie widać. Ale ja nie rzeźbię nagrobka, rzeźbię anioła. Jest to postać właściwie naturalnej wielkości. Tu, we wnętrzu wygląda jak olbrzym, ale ma tylko dwa metry. Na cmentarzu nie będzie się wydawała taka wielka. Mój przyjaciel, dawny student, Paweł Pietrusiński, przekuje mi tego anioła w piaskowcu. A że stanie tam, na Powązkach…  To wie pan…

Kolejna piękna rzeźba, która tam będzie.

O! Dobrze powiedziane. Tak właśnie to traktuję. Niedawno mu skrzydła obandażowałem.

Po co?

Żeby ustalić linie podziału, rytm.

A tu, co on ma?

No, a jak pan myśli, co to może być?

Promienie mu się rozchodzą wokół serca. Biała ta postać, gipsowa, jednobarwna, a z serca blask jej bije, jak od tabernakulum…

O, dobrze pan kombinuje!

Przejdę dalej, dobrze? O, tutaj, to nie są pana prace. Drewniane figury świętych sprzed wieku a może dwóch…

To jest święty Mikołaj, to Jan Nepomucen, tu mam dwa anioły adorujące a to jest…

…Mojżesz?

Nie, ale ma pan słuszność. Podobny do Mojżesza. To Ewangelista. Mojżesz jest tam.

Z różkami?

Tak, Mojżesz jest zawsze z różkami.

Wie pan kto przyprawił rogi Mojżeszowi?

Kto?

Święty Hieronim. Tłumaczył Biblię i zamiast napisać, że prorok schodzący z góry Synaj „promieniał światłością”, napisał, że „wypuszczał rogi”. Po hebrajsku to tak samo, a już po łacinie – nie. Przylgnęło do Mojżesza. Na wszelki wypadek te rogi mu się teraz pozłaca albo posrebrza. Tak, jak u tej figury w pana pracowni.

Jak mi wpadło parę groszy to kupowałem te figury. Lubię je. Piękna, rzemieślnicza robota. Ktoś się nad nimi napracował. Prawda?

A tu reprodukcja portretu św. Faustyny…

To osoba bardzo mi droga. Dużo było ludzi wokół mnie, którzy mi mówili dobre rzeczy o Faustynie. Weszło to we mnie, tak mimochodem, jak pije się herbatę. Czytałem jej „Dzienniczek”. Ach jakie to przejmujące! Ona pisze o miłości do Boga, jak dziewczynka o miłości do chłopca. To jest takie prawdziwe!

Nieskażone erudycją.

Właśnie. Wyrzeźbiłem Chrystusa Miłosiernego, stoi na skrzyżowaniu Górczewskiej i Deotymy, w parku Moczydło, na terenie parafii św. Józefa.

Co jest w tym Chrystusie Miłosiernym, że miał pan ochotę zrobić go w brązie.

Nie umiem tego zanalizować. To nie było zamówienie. Moja potrzeba.

A jak jest z rzeźbieniem Jana Pawła II. Mało komu wychodzi. Trudna twarz.

A skądże?! Piękna twarz.

No ale w całym kraju tyle okropnych pomników papieża…

Bardzo lubiłem go robić. O ten właśnie, stoi pod Wawelem.

Pana pomniki są jednymi z bardzo niewielu udanych.

Naszukaliśmy się tam miejsca do postawienia pomnika.

Oby dalej od smoka wawelskiego…

Pan powiedział!

Matka Teresa. Barwna.

Ale niebieskiego paska na jej welonie nie namalowałem. Wtarłem barwnik. Ja muszę dotykać pracy, żeby czuć, że ją robię.

Że Piłat pomarszczony to rozumiem, ale Pan Jezus?

No bo co to za twarz bez zmarszczek. Mało ciekawa…

Panie profesorze. A te maleńkie główki tam na górze? Wiem, że pan je wyrzeźbił, ale bym się wcale nie zdziwił, gdyby się okazało, że ktoś je wykopał w starożytnej odkrywce w Grecji.

Prawda? No, pan mi schlebia. Ale właśnie tak się staram.

To może usiądźmy. Proponuję nieco płytsze wykopaliska. Pana życie. Zacznijmy od domu rodzinnego.

Nie pamiętam go. Urodziłem się w Jasienicy Rosielnej, ale jeszcze jak byłem bardzo mały, przeprowadziliśmy się do Brzozowa. I Brzozów już pamiętam. Miasteczko niedaleko Sanoka, moim zdaniem sympatyczne. I tam upłynęło moje dzieciństwo. Tam byli moi koledzy: Zbyszek Pieczonka, Zbyszek Cioch, już ich nie ma, Romek Smoleń, jeszcze żyje, syn sędziego, piękna postać brzozowska. W wojsko się bawiliśmy; karabiny, podchody, harcerstwo…

Wojna, okupacja…

…a później już wyjazd na Zachód, na tak zwane Ziemie Odzyskane.

Na wojnie się pan nie zatrzymał…

…no nie. Po wojnie tata znalazł poniemieckie gospodarstwo. Mimo, że nie był wcześniej gospodarzem, to osiedliliśmy się tam. Dom pod lasem, krowy, koń – duży, wielki koń. Perszeron. Pierwszy raz takiego konia widziałem. Na Podkarpaciu to były maleńkie koniki. Ale i stamtąd szybko wyjechałem. Liceum Plastyczne w Otmuchowie. I tam zrobiłem maturę. Z trudem.

Z trudem?

Matematyka. Wszystkie równania. Bóg wie co! To dla mnie świat bardzo odległy i taki… kanciasty.

Ciągle jeszcze odległy? Nie znalazł pan w matematyce tego samego piękna, które zawarte jest w muzyce i w sztukach plastycznych?

No więc w muzyce i sztuce znalazłem, a w matematyce – nie. Nie umiem wejść w ten świat. Cyfry nie potrafią wzbudzić we mnie wyobraźni przestrzeni. Pogodziłem się z tą ułomnością. Może tylko czasem mi przeszkadza. Ale chyba nie. No, nie wpływa w każdym razie na moje samopoczucie, na moją osobowość. Ja się zanurzyłem się w świecie poezji, wyobrażeń i kształtów. Bez liczb. No i kolorów też w tym moim świecie jest raczej mało.

Ale przecież pan sobie doskonale radzi z matematyką. Proporcje pana rzeźb, stosunek cokołu do postaci, rytm – są idealne, klasyczne. Można nimi ilustrować wykłady z geometrii.

Nie mam szkiełka i oka. Nie wyliczam proporcji. Widzę. Czuję. Albo coś gra albo nie. Harmonia musi istnieć. Proporcja jest niesłychanie ważna nawet wtedy, gdy się robi świadomie dysproporcję. Świadome skażenie proporcji; nie –  głupio maznąć, ale maznąć tam gdzie trzeba. Ale ja dochodzę do proporcji poprzez intuicję, poprzez czucie, bez obliczeń.

To pokopmy jeszcze w przeszłości. Kim byli pana rodzice?

Mama urodziła się w Komańczy. Z domu Podwapińska. Ród zubożałej szlachty. Ojciec mamy miał młyn i tartak. Na owe czasy była to dosyć duża pozycja. Z posiadłościami ziemskimi były jakieś spory, problemy majątkowe, konkretem był ten młyn i tartak.

Z kolei mój tata pochodził z rodziny ubogiej, wielodzietnej. Biednej, choć mogącej się poszczycić bardzo długą historią. Przechowuję reprodukcję portretu jednego z naszych przodków, z czasów gdy rodzina była można, a nasze nazwisko jeszcze brzmiało Zemłło. Ojciec pochodził z Barwałdu, z okolic Lanckorony. Jako młody człowiek był powstańcem śląskim. Potem wojsko, a po wojsku ojciec został policjantem. Niestety, to tragicznie odbiło na jego życiu. Już po wojnie Sowieci wywieźli ojca na Syberię; przedwojenny policjant był dla nowych władz wrogiem. Tata przeszedł swoją gehennę. Po amnestii wrócił w łachmanach, taki biedny łazarz! Był to już człowiek złamany, zniszczony, schorowany. I niedługo później umarł. Zostaliśmy sami z mamą: czworo dzieci.

Bardzo barwną postacią był mój najstarszy brat, Bolesław. Gdy miał piętnaście lat zakochał się z wzajemnością w naszej siedemnastoletniej sąsiadce, Janinie Pacowskiej. Była to piękna, młodzieńcza miłość. Ojciec Janiny był oficerem. Po wojnie został w Anglii. Janina przedostała się do niego przez zieloną granicę. A mój brat został i strasznie tęsknił. Z tej tęsknoty też zdecydował się uciec z Polski przez zieloną granicę do swojej ukochanej.

Wielu próbowało, niewielu się udało.

Och, to było ogromne ryzyko! Ale jemu się powiodło! Osiadł w Anglii. Założyli z Janiną rodzinę.

Był bardzo utalentowany plastycznie. Ale ani z malarstwa, ani z rysunku ani z rzeźby nie mógłby w stanie utrzymać rodziny; więc zaczął kreślić. Skończył architekturę. Po studiach stworzył swoją firmę.

Pan sam ma duży sentyment do architektury.

Miałem szczęście poznać wielu dobrych architektów. Moim przyjacielem jest Wojtek Zabłocki, pracowaliśmy razem. Od architektów bardzo wiele się nauczyłem: pojmowania przestrzeni, światła, konstrukcji. Na Akademii wiele mi dały zajęcia z profesorem Oskar Hansen, zwłaszcza jeśli idzie o teorię. Otaczali mnie architekci, z którymi znajdowałem wspólny język. Spotkania z architekturą miały dla mnie wymiar emocjonalny, przynosiły radość. Widziałem, że to wszystko ma swój sens: przestrzeń, budowla, rzeźba, zieleń, ludzie. Wiele też rozmawiałem z bratem.

Jeździł pan do niego do Anglii?

O tak. Później, jak już nastąpiła pewna odwilż, i można było dostać paszport, to te wyjazdy do Anglii, były dla nas, dla jego rodzeństwa, jak wyprawy do raju. Poznawaliśmy inną kulturę, zwiedzaliśmy kraj, przyglądaliśmy się zupełnie innemu życie. To bardzo wpłynęło na moja świadomość, na bogactwo duchowe.

Tu w Polsce musiało wam być ciężko…

Drugi mój brat, Józef mówił: „nie daj się!”, „nie smarkaj się!”. Ojcował mi trochę; przygotowywał do trudności życiowych. Skończył studia prawnicze. Był radcą prawnym w CRZZ w Warszawie. Już na Akademii przychodziłem do niego do biura, na obiady. Za dobrze mu się nie powodziło, ale opiekował się mną przez całe studia. Bardzo mi pomagał. Wspaniały człowiek, mądry, dobry, opiekuńczy. Umarł na mojej wystawie w Budapeszcie. To było tragiczne, ale z dzisiejszej już perspektywy widzę, że piękne. Tamta wystawa miała dla niego wielkie znaczenie.

A skąd pan maturzysta wiedział, że sztuka to jest to, w czym pan się może wyrażać?

Bo Gucio, panie Gabrielu, zawsze malował i rysował! A mógł to robić dlatego, że miał starszego brata, Bolesława, tego z Londynu. I od niego się uczył. Bolesław pięknie rysował: pamiętam jego rysunek „Podbipięta pod dębem”. Cudowny! Ja tak nie potrafię. Ale przyjęło się mówić w rodzinie, że dobrze rysuję. Tak jak ktoś tam śpiewa, albo gra na gitarze. Było to we mnie. Już do liceum plastycznego we Wrocławiu poszedłem wiedząc, że to moja droga, że przecież nie będę mechanikiem, czy technikiem. Później nie miałem wątpliwości, że trzeba iść do Akademii. Poszedłem na egzamin do warszawskiej ASP. I się nie dostałem.

Zwątpił pan w trafność wyboru?

To było, jak bym przestał istnieć!

Nie wiedziałem, co ze sobą robić. Poszedłem we Wrocławiu do Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych. Rektor się zdziwił: „a po coś jeździł do tej Warszawy?” Zdałem egzamin i mnie przyjęli. Ale rzeźby tam nie było; szkoła specjalizowała się w ceramice. Pół roku później znowu przyszedłem do rektora. „Muszę do Warszawy, na rzeźbę!” A rektor: „Nic cię życie nie nauczyło. Po co ty tam jedziesz?!”

No i pojechałem. Przyjęli. Tak się zaczęło moje długie życie na Akademii Sztuk Pięknych. Dziesiątki lat. Bardzo pragnąłem być na Akademii, a  jak już tam przyszedłem jako student, to nie wyszedłem aż do emerytury, a nawet po emeryturze mnie jeszcze zatrzymali.

W Warszawie poznałem moją przyszłą żonę. Studiowała równocześnie dwa fakultety: geografię i geologię. Mieszkała u sióstr zakonnych przy ulicy Opaczewskiej. Tam się spotykaliśmy, w rozmównicy. A siostry tak były łaskawe, że nawet całować się mogliśmy.

A dlaczego panu tak zależało na rzeźbie? Skąd pan już wtedy wiedział, że to właśnie jest pana, własne?

Zacząłem mylić kolory. Kolor nie był dla mnie poezją tylko farbą. Nie wiedziałem, czy dać tu błękitny, czy żółty; to były mi całkiem obojętne. Nie posługiwałem się kolorem jako formą wyrazu. Posługiwałem się dotykiem. Właśnie poprzez dotyk rzeźba stała mi się bliska. Musiałem dotykać. Oddawałem tworzywu moją energię. Część mnie zostawała w rzeźbach. Na początku wcale nie było pewne, że jestem rzeźbiarzem. Jeszcze trudno było siebie określić. Poszedłem za tym głosem wewnętrznym. Miałem znakomitych profesorów i kolegów. Na pierwszym roku: Ludwika Nitschowa, autorka warszawskiej Syrenki. Wspaniała pani, dostojna, zawsze w kapeluszu; nigdy go nie zdejmowała. Na drugim roku wybrałem pracownię profesora Franciszka Strynkiewicza. Jego asystentem był Adam Roman; bardzo szlachetna postać. Strynkiewicz nauczył wielkiego szacunku dla sztuki. Że to nie żadna tam poezja, ciężka praca; szacunek do pracy, do rzemiosła.

Był też wspomniany już znakomity Oskar Hansen, który prowadził kompozycję brył i płaszczyzn. Nowoczesny, z Zachodu. Lubiłem to, co proponował, ale wolałem inny sposób ekspresji.

Ta Akademia siedzi we mnie do tej pory. I to nie tylko wspaniałymi profesorami. Soki, które człowiek czerpał z Akademii, miały głębsze źródła. Człowiek siedział w historii sztuki.

Czy profesorowie narzucali wam swoje przeświadczenia estetyczne? To był czas silnych wpływów awangardy…

…ale i socrealizmu.

No przed nim to chyba się broniliście…

Zrobiłem w gipsie rzeźbę „Braterstwo Broni”. Polski żołnierz i radziecki żołnierz. Tylko… nie bardzo się podobała. Nie bawiłem się tam w jakieś treści. Tylko forma. I to było za mało. Właściwie nie pamiętam, żebym się zeszmacił specjalnie jakimś socrealizmem. Los był dla mnie łaskawy. Natomiast wyrzeźbiłem portret Lenina. Nie socrealistyczny, po prostu portret. Znajduje się teraz w Muzeum Niepodległości. Gdyby nie tytuł, mógłbym tę rzeźbę eksponować, jako przejaw ekspresji artystycznej. No właśnie, ale ten tytuł.

A wracając do wolności twórczej na Akademii…

To zależy. Jak było studium aktu, ważne było, żeby poznawać, a nie wymądrzać się. Ale w kompozycji dawano możliwość odnajdywania się.

Widzi pan, bo współcześnie swobody jest więcej niż warsztatu. Rzeźba przestaje być rzeźbą…

Oczywiście, każdy może robić to, co chce. Niech będzie takim jakim jest, albo jakim być pragnie. Ale pewne wartości należy szanować, żeby nie zaprzepaścić sensu sztuki. Piękna, prawdy i mądrości warto dotykać i je przekazywać.

Tak pan i wtedy myślał, na początku drogi?

Każdy z nas, ja też, jako młody człowiek, chciał być nowoczesny. Ale później już mnie to nie interesowało. Miałem inny cel: chciałem być sobą. Szukałem wartości, w które mógłbym wejść, z którymi mógłbym się zjednoczyć, do których mógłbym przylgnąć. To mnie ratowało przed niepotrzebnymi klęskami.

Miałem trochę szczęścia, bo po drodze były konkursy. W wielu z nich brałem udział. I wygrałem bardzo poważny konkurs, oblegany przez całą Polskę. Pomnik Powstańców Śląskich w Katowicach. A ponieważ mój tata był powstańcem, była to dedykacja dla niego.

Tak myślałem o tym pomniku: były trzy powstania, więc rytm pomnika musi być na trzy. Co zrobić: trzech goniących się?! No, nie, bez sensu. Trzeba metaforycznie. I wtedy pomyślałem: skrzydła. Polska, która powstaje. Zrobiłem projekt. Uświadomiłem sobie, że jest raczej bez szans.

Był rok 1967. Skrzydła nie były w modzie…

Na szczęście w jury był profesor Jerzy Hryniewiecki, architekt. I on wskazał mój projekt. A drugie szczęście, że Hryniewieckiemu, no i mnie, autorowi zaufał Jerzy Ziętek, wojewoda śląski.

Pan mu po latach też zrobił pomnik. Już w wolnej Polsce. Mimo, że Ziętek przecież było komunistą.

On był przede wszystkim mądrym człowiekiem. Bo przecież gdyby był w AK, nic by dla tego swojego Śląska nie mógł zrobić. A tak, do tej pory go tam czczą. I mają za co.

Do Ziętka skrzydła przemówiły?

On się nie znał na sztuce, ale uwierzył profesorowi Hryniewieckiemu.

Panie Gabrielu,  niech pan posłucha.

Tak, panie profesorze?

To był pierwszy mój pomnik w życiu i myślę, że do tej pory go nie przeskoczyłem.

A chciał pan?

Każdy chce.

Ja bardzo lubię pana szczeciński pomnik. Nawet czasem myślę, że mógłby być wyższy…

To też dla mnie bardzo ważny pomnik. I też jest w rytmie „na trzy”. Też trzy skrzydła.

Skrzydła i krzyże. Tyle jest pana prac ukrzyżowanych. Te krzyże są czasem cokołami; rzeźby chciałoby się nieść jak pasyjki na krzyżu. Pana słynny autoportret też jest przecięty krzyżem. Co to za krzyże? Śmierci, zmartwychwstania?

To krzyże ludzi. Krzyże cierpienia.

Które zbawia?

Które do czegoś prowadzi. Nie jest bezduszne, tylko – „duszne”. Przepraszam, głupio mówię.

Dlaczego głupio? Poezja jakaś się pojawia. Neologizm. A zatem cierpienie, które do czegoś prowadzi…

…które jest immanentną wartością człowieka. Jest i radość i cierpienie. Ale cierpienie nie tylko dla cierpienia, ale i dla zbawienia. Ale ja nie chcę tego tak teologicznie traktować.

Zwłaszcza, że pan profesor ma do dyspozycji język rzeźby i nie musi, jak ja, posługiwać się prostacką bigoterią.

Otóż to! (śmiech)

A ten krzyż gra u pana z tradycją antyczną. Jakież to na wskroś europejskie! Z dwóch pni pan czerpie, z obu płuc naszej cywilizacji…

Prawdę pan mówi. Rzadko kto tak komentuje, ale właśnie jest to prawda. W moim wnętrzu te dwie tradycje są równie ważne.

I nie są przeciwstawne, prawda?

Nie są. W końcu i jedna i druga tradycja ma wzniosłe ideały. Zatopić się tylko w cierpiętnictwie, to jak żyć w zamkniętym tunelu. Ale można rozświetlić cierpienie światłem marmuru, kolumną. wartością piękna. Wcale gotyk z antykiem nie muszą być na dwóch biegunach. Łączy je idea piękna.

Ludzie, którzy wyszli z Akademii przez ostatnie pół wieku coraz rzadziej tworzą w kamieniu, glinie, w drewnie. Dlaczego?

To jest trudna technika. Łatwiej jest być konceptualistą, stworzyć jakieś instalacje. A szybciej się na łamy można dostać.

Ze złością wychodzę raz po raz z Centrum Sztuki Współczesnej.

A ja czasem się wzruszam, a czasem przechodzę obojętnie.

Chyba łatwiej przejść obojętnie niż się wzruszyć. Czasem mam wrażenie, że autor poświęcił pracy nad dziełem mniej czasu i uwagi niż ich oczekuje od widza.

Dotyka pan ważnego problemu. Obiekt, któremu się poświęciło dużo pracy, albo wiele przemyśleń, jest w pewien sposób namagnetyzowany czy nakręcony tą energią, którą człowiek przekazuje. A te wszystkie geometryczne instalacje są zimne. Przynajmniej dla mnie. Bo może kogo innego poruszają. Nie jestem filozofem sztuki, ani znawcą. Jestem odbiorą i dawcą. Mogę być smakoszem.

A co do sztuki, to warto pamiętać, że nie robimy jej dla siebie. Aczkolwiek niektórzy tak twierdzą. A ja nie wierzę.

W Radziejowicach stanął pana pomnik Rozstrzelanym, stanowiący kontynuację pana wieloletniego cyklu, do którego należą między innymi Krzyż oświęcimski, Ukrzyżowanie, pomnik św. Maksymiliana Kolbe.

No i co, jak pan je odbiera?

To jest właściwie niewielki cmentarzyk, który się od dawna tym ludziom należał. I ten cmentarzyk zbudowany jest z tych samych pojęć i znaków, co bardzo ważne pana prace martyrologiczne. Czytelnie łączy się z tym językiem.

No to się cieszę. Bo tak właśnie miało być. Wie pan, tam, obok tego zespołu moich rzeźb i bloków granitowych, które komponował Paweł Pietrusiński, jest taka czarna kamienna tablica jak z cmentarza, jak z prostego nagrobka. I komuś ona podobno przeszkadza, że mogłaby być jasna, jak ten granit.

A pan jak uważa?

Że jest tak, jak chciałem, aby było.

Pan lubi Radziejowice?

Mało powiedziane. Czuję do nich ogromną sympatię i przyjaźń. Jeszcze nie było pana Bogumiła Mrówczyńskiego, i wszystkiego, co on tam zrobił, gdy tam bywałem w PRL na lekko zakrapianych spotkaniach z władzami ministerialnymi. A jak przyszedł dyrektor Bogumił Mrówczyński, dobrze, że on tego nie słyszy (śmiech), to wniósł życie w trupa. Pan dyrektor to jest autentyczny człowiek sztuki. I stworzył ośrodek ludzi, którzy kochają i zieleń, i przestrzeń, i sztukę, i poezję. Stworzył klimat przyjazny człowiekowi. Nawet sposób mówienia pana Mrówczyńskiego, intonacja, mnie ujmuje. Wiem, że on słucha i mówi z uczuciem, i nie są to gładkie słowa, tylko prawdziwe, więc wiarygodne. Wiem, że sztuka to jest dla niego coś niesłychanie ważnego. I że potrafi innych zarazić tym stosunkiem do sztuki. No i dobrze mi, że moje rzeźby tam właśnie stoją.

 

Gabriel Michalik

Marzec 2016

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress