Hanna Bakuła

Z Hanną Bakułą spotykamy się rankiem najgorętszego dnia IX Festiwalu im. Jerzego Waldorffa. Do radziejowickiego pałacu zjechała właśnie Orkiestra Filharmonii Kaliskiej, aby brawurowym wykonaniem utworów Ignacego Jana Paderewskiego i Mikołaja Rimskiego-Korsakowa postawić mocną kropkę nad „i” trwających od blisko tygodnia koncertów i spektakli. Występ kaliskich filharmoników wzbudzi tak wielki aplauz publiczności, że po trzecim bisie, Adamowi Klockowi dyrygentowi, a zarazem dyrektorowi Filharmonii, przyjdzie prosić słuchaczy, aby już więcej bisów nie żądano. Na razie jednak od koncertu dzieli nas jeszcze kilkadziesiąt godzin; muzycy rozlokowali się po salach recepcyjnych pałacu. Południową amfiladą, niczym wagony pociągu towarowego, mkną wózki ze śniadaniem. Pośród tej erupcji gościnności, przychodzi niżej podpisanemu przekrzykiwać brzęk wiezionej porcelany, aby treść pytań, zadawanych w imieniu Czytelników, dotarła do uszu malarki, pisarki i felietonistki, ozdoby warszawskich i nowojorskich salonów. Niejako na przekór tym staraniom, pomiędzy wagonikami śniadania, przekradają się zaprzyjaźnieni luminarze kultury, z profesorem Jerzym Bralczykiem i Ewą Wiśniewską na czele, rzucając życzliwie to Hannie Bakule, to niżej podpisanemu, to obojgu nam jednocześnie, słowa porannego powitania.

 

Radziejowice: ja już tu kiedyś żyłam

 

Hanna Bakuła: Nie ma się gdzie schować!

Cierpliwości. Przejadą, pójdą. Będzie cisza.

Nigdzie nie pójdą. To jest miejsce magiczne, bez wątpienia. Ale ma też jedną jeszcze cechę. Wszędzie są znajomi, którzy wylatują na przykład zza krzaków się witać. I mimo że to jest dom pracy twórczej, to jedynym miejscem, w którym można pracować, jest własny pokój, zamknięty na klucz od środka.

Jak odkryła pani Radziejowice dla siebie?

Ponad dwadzieścia lat temu, niedługo po tym, jak wróciłam ze Stanów, jedna z fundacji zorganizowała tu konferencję poświęconą zagadnieniu praw kobiet, na która zostałam zaproszona. Było bardzo mało kobiet, bardzo eleganckie. Pokazano nam pałac i modrzewiowy dworek, w którym po dziś dzień uwielbiam nocować, ale pod jednym warunkiem: że trzyosobowy pokój zajmuję sama.

Istotnie. Niewielkie tam są pokoje.

To świadectwo czasów, kiedy ludzie byli mniejsi. Mężczyźni –  mojego wzrostu, a kobiety wielkości krasnali. Mieszkała tam służba, która nie była specjalnie wybujała. Ale wracam do mojego pierwszego pobytu w Radziejowicach. Nie przyjechałam tu sama. Towarzyszył mi świeżo zakochany mężczyzna. Zakochany z wzajemnością. Pani w recepcji dała mi klucze od pokoju w modrzewiowym dworku. Długi spacer dookoła jeziora, łabędzie, pocałunki. A potem dworek. Wchodzimy na pierwsze piętro, pokój numer jedenaście. Pościel wykrochmalona, kroi się przygoda życia. Postanowiłam przypudrować nosek. Otwieram drzwi łazienki, a tam… w ogóle nie ma sedesu. Tylko dziura w podłodze. Pani w recepcji niezwykle zdziwiona. Jak to nie ma sedesu?! Posłała kogoś do pokoju, zobaczył, potwierdził. Przeprasza, zakłopotana: Niestety, poza tym pokojem, możemy państwu zaoferować tylko apartament „D”, najładniejszy w całym pałacu, ale dwa razy droższy… Na to my, że bardzo chętnie. I tak poznałam apartament „D”. To wyjątkowo piękna przestrzeń, jedna z najpiękniejszych, jeśli chodzi o urządzenie wnętrza; składa się z ogromnego salonu, sypialni i łazienki z jakuzzi. Dekoracje są stale zmieniane. Za pierwszym razem miałam na ścianie kopię obrazu Andrei del Sarto. Niezwykły przypadek: przyjechałam do Radziejowic niemal prosto z Rzymu, gdzie w Bazylice, oglądałam oryginał.
Kilka tygodni później nie ma już Madonny, a na ścianie wisi patrol kozacki Juliusza Kossaka. Kiedy indziej – zastaję piękną szafę trzydrzwiową i chiński parawan; niedługo później parawanu już nie ma, a są za to jakieś portrety Chełmońskiego. W Radziejowicach od razu poczułam się tak dobrze, że jestem pewna, że już kiedyś tu żyłam. Wierzę w reinkarnację.
W rozmowę wkrada się znowu przejazd składu towarowego. Tym razem południową amfiladą wędruje kawa.
Strasznie jestem wrażliwa na dźwięki. Wszystko słyszę. Słyszę jak spada kasztan dwa kilometry ode mnie.

Pani poważnie wierzy w reinkarnację, czy tak, powiedzmy, towarzysko…?

Poważnie. To mi ułatwia kontakt ze śmiercią. Jeżeli wiem, że kogoś zobaczę na sto procent, to umieranie nie jest takie okropne.

Pani bierze z różnych wierzeń po trochu, jak w butiku?

Tak, jestem klientką butiku religijnego. Trochę tarot, trochę reinkarnacja, buddyzm… Jest wiele cudownych religii, na przykład te, w których czci się przodków. W Tajlandii przed domami stoją karmniki z figurynkami wszystkich członków rodziny. Sypie się tam trochę jedzenia, pali świeczkę, a jak babcia umrze, to ją się dokleja do całego towarzystwa. To mi najbardziej przemawia do wyobraźni, że się mamy do nich modlić, a nie do żadnego Boga, co do którego istnienia pewności nie ma; natomiast co do tego, że ktoś umarł pewność jest. Ale nie chcę rozmawiać o religii. Religia to najmniejszy problem. Mam inne, lepsze.
Kolejka wózków śniadaniowych wraca w stronę kuchni pobrzękując pustymi talerzami.

Wróćmy do Radziejowic.

Są nieskończenie piękne i pełne niespodzianek. Najbardziej lubię kolumnę upamiętniającą podarowanie parku przez pewnego Francuza, który ten park wytyczył i zbudował dla swojego przyjaciela, Krasińskiego. To była pierwsza rzecz, na którą zwróciłam uwagę. I zegar słoneczny. Czy pan wie, że są ludzie, którzy w ogóle go nie dostrzegają?

Kolumna, zegar słoneczny to rzeczy stałe, statyczne, niezmienne. A sam pałac, życie w nim, na przestrzeni  lat, zmienia się. Te pani przeszło dwadzieścia lat znajomości z pałacem to cała epoka!

Tak. Pamiętam czasy, kiedy koncerty odbywały się na piętrze pałacu. Przychodziło tyle osób, ile się tam mieściło, najwyżej dziewięćdziesiąt. Tak kameralnie, jak przed laty, w czasach Krasińskich, którzy mieli tu własny teatr. Sami pisali, sami robili scenografię. Hrabiowie grali dla hrabiów, a potem zapraszali okolicznych ziemian.

Teraz na koncerty przychodzą tłumy. Nawet namiot festiwalowy okazuje się czasem zbyt mały.

Jestem niesłychaną fanką dyrektora Bogumiła Mrówczyńskiego. Dostrzegam palec Boży w tym, że zdarzył się on i ten pałac. Dyrektor po to się urodził, żeby wyprowadzić pałac na ten poziom, nie – poziom pozorny, ale ustabilizowany. Podobnie profesor Marek Kwiatkowski i Łazienki Królewskie w Warszawie. Póki on był, Łazienki były napędzane jego miłością i kontaktami. Dyrektor Mrówczyński ma niesłychane kontakty i jest niesłychanie uprzejmy, takim chińskim rodzajem uprzejmości. Wszystko co robi ma ogromny sens. Zaskakuje mnie. Kiedy budował tę blaszankę koncertową [mowa o Nowym Domu Sztuki – przyp. G.M.], myślałam – no jeszcze tego brakowało, żeby tu postawić gruchota ze szkła. A okazało się, że to jest sala ze świetną akustyką.
Podobnie – pomysł z namiotem. Myślałam: będzie padało, piorun strzeli, zawali się. A okazuje się, że to doskonale działa.
Syta śniadaniem Orkiestra Filharmonii Kaliskiej defiluje przez amfiladę w stronę ogrodu.

Na pani palcu widzę pierścionek z kotkiem. Pani projektu, prawda?

Tak. Ale nikt go nie zobaczy, bo pan pisze zamiast fotografować. Najzabawniejsze, że ja wcale nie lubię malować kotów, ale teraz wszyscy chcą koty.

Chcą też portretów. Powołała pani Firmę Portretową. Co jest w twarzach, że właśnie je pani maluje?

Tyle samo co w drzewie albo w dzbanku. Rzecz w tym, czy umie się to narysować, czy nie. Moje pejzaże są równie dobre, a momentami na pewno lepsze niż moje portrety. Bo pejzaż się nie wierci i nie gada. To jest wielka zaleta pejzaży, że można spokojnie na nie patrzeć i pracować. Z ludźmi – przeciwnie. Zawsze jak rysuję usta, to błagam: chociaż trzy minuty z zegarkiem w ręku niech się pani nie odzywa. Model jest podekscytowany sytuacją i uważa, że powinien mnie zabawiać. A co to za zabawianie?! To jest ciężka praca! Przeważnie, jeżeli ktoś wygląda dość głupio, to robię zdjęcie i mówię, że nie chciałabym pana/pani fatygować przez cztery godziny, a tyle trwa wykonanie portretu. Zapraszam jak już podrysuję. Trzy godziny pracy mam w samotności, a potem, przy modelu dorysowuję drobiazgi, których sama za Pana Boga nie wymyślę, światło, kolor.

Ciekawa rywalizacja…

Pan Bóg jest bardzo krotochwilny, jeżeli chodzi o wymyślanie tego, czego by się człowiek nie spodziewał, malując. Człowiek myśli, że tam musi być niebieskie, a tam jest właśnie czerwone. Pan Bóg sobie kpi z malarza.

I z wyobraźni.

To nie jest wyobraźnia, ja tylko patrzę.

Wyobraźnia podpowiada, że będzie niebieskie a tymczasem jest czerwone…

Wyobraźnia mi niczego nie podpowiada. Ja tak widzę. Pan nigdy nie zobaczy tego, co ja widzę, a ja nigdy nie zobaczę tego, co pan widzi. Malując nie używam wyobraźni. Używam oczu i ręki. Moje oczy na rękę przekładają się, tak a nie inaczej.

Pani portrety mają coś z ducha Witkacego, a i sama idea Firmy wyraźnie nawiązuje do istniejącej w Zakopanem Firmy Portretowej S.I. Witkiewicz. On miał cennik, w którym wymieniał takie usługi, jak malowanie pod wpływem alkoholu albo narkotyków…

Nie mam cennika. Natomiast miłą gębę Witkacego doklejono mi w jego setne urodziny. W 1985 roku w Muzeum Literatury w Warszawie odbyła się wystawa portretów. Moje obrazy na parterze, Witkacy na górze. Bardzo dobrze współgraliśmy Taki żart dyrektora Janusza Odrowąża-Pieniążka.. Podchodziły różne osoby, nie wiedząc kim jestem, i mówiły: A jak pani myśli? Nie woli pani, tych jego późniejszych portretów? Późnych, czyli z lat osiemdziesiątych XX wieku. I pan się dziwi, że mam bardzo niskie zdanie o ludzkiej koncentracji i wykształceniu?!

Kim są pani klienci?

Kobiety, ale też dużo mężczyzn. Próżni trochę, trochę chcący się popisać przed otoczeniem, że mają mój portret. Wiele osób w ogóle nie rozumie idei portretu, nie rozumie, że tylko dzięki tym moim portretom przeżyją, bo mają do wyboru grób na cmentarzu albo mój portret. I że grób będzie stał gdzieś na cmentarzu, anonimowo, a portret zawiśnie w muzeum. Każda rzecz przetworzona przez artystę, przechodzi do wieczności. Ludzie, którzy nie mają portretu do niej przechodzą, chyba, że sami są kimś wielkim. Maria Skłodowska-Curie nie potrzebuje portretu, ale dużo osób potrzebuje. Zwłaszcza ci, którzy są ambitniejsi, którzy chcą istnieć dalej. Portret to jest przedłużenie swojego istnienia.

Wielu ludzi chce przejść do wieczności?

Tak. Teraz firma portretowa ma dłuższe przerwy. Więcej piszę niż maluję, szczególnie w wakacje, kiedy dużo się przemieszczam. Pisać mogę wszędzie, a rysować, zwłaszcza pastelami, nie.

Pani najnowsza książka Seks – teoria i praktyka, została, jak się okazuje, napisana w Radziejowicach…

Nagrana w Radziejowicach. Nagraliśmy ją wraz z profesorem Zbigniewem Izdebskim. Profesor prowadzi badania nad seksem a ja robię portrety. Niby nie ma związku, ale jednak ma. Rozmowa podczas rysowania sprowadza się z reguły do tego, że model opowiada mi historię swojego życia, również erotycznego. Wiele ich wysłuchałam. A gdy czytam badania Zbyszka, z którym jestem od dwudziestu lat zaprzyjaźniona, odnoszę wrażenie, że profesor prowadzi je w jakichś szkołach katechezy albo na głębokiej prowincji. Osoby, z którymi ja się stykam, zamożne, piękne, bogate, mają zupełnie inne przemyślenia niż te, które ankietuje Zbyszek. Od dwudziestu lat się o to kłócimy. A jestem pewnie jedyną czytelniczką jego książek. Nikt inny chyba w całości nie przeczyta siedmiuset stron druku na temat seksualności Polaków. Takie mam hobby; potrafię przeczytać całość, łącznie z wykresami. Później dzwonię do Zbyszka i mu serdecznie gratuluję, że kompletnie nie ma racji.

Postanowiła pani wpuścić w ten spór czytelników…

Jedna ze znajomych profesorek powiedziała, że to jest w ogóle skandal, żeby osoba nie z branży krytykowała kogoś z branży. Nie zgadzam się. Jako malarza też mnie krytykują osoby nie z branży. Książka świetnie się sprzedaje.

Wszystko co pani robi, świetnie się sprzedaje.

Ciężko pracuję. Przedmioty, które robię, niektóre – bardzo ładne, niektóre piękne, należą do kategorii rzeczy, które każdy chce mieć. Na przykład teraz Desa Modern wypuściła całą serię moich grafik, to się nazywa inkografia; akwarele i pastele, drukowane w indywidualny sposób, sygnowane i numerowane. Między innymi negatywne znaki zodiaku. Albo kotki: kto nie kupi fantastycznie narysowanej kotki w koralach?! Nigdy w życiu nie pracowałam dla nikogo. A przeżyłam na dosyć dobrym poziomie, nie szmacąc się, w zgodzie ze sobą wiele lat.

Sukces finansowy to wciąż rzadkość wśród artystów.

Jestem inna niż większość znanym mi artystów. We mnie tak długo i uporczywie tępiono wszelkie przejawy szaleństwa, że się nauczyłam kamuflować. Jestem wyszorowana, ze wszystkimi zębami, chodzę do kosmetyczki, posługuję się kilkoma językami. Nie znam osobiście drugiej takiej artystki ani artysty. A teraz jeszcze doszły do tego książki, które się sprzedają doskonale. Osiemdziesiąt procent czytelników to kobiety w wieku od dwudziestu lat do stu, czyli od mamy Janusza Olejniczaka, pani już po dziewięćdziesiątce, która dopytuje się, kiedy ukaże się moja następna książka, po osoby w wieku moich córek, jeśli bym jej miała.

Co pani teraz pisze?

Właśnie napisałam. Powieść. Wychodzi we wrześniu. Tytuł: Singielka i Otello; podtytuł: na zakręcie. To historia ładnej, czterdziestoparoletniej, utalentowanej malarki, singielki. Bohaterka zakochuje się w docencie, który jest… tępy. I zazdrosny potwornie, stąd – Otello. Powieść czytało już kilka osób. Wszystkie mówią, że jak usiadły o jedenastej wieczorem, to o piątej rano brały prysznic i szły do pracy. To jest książka, którą się łyka. Ale to samo słyszę o książce Seks teoria i praktyka. Powieść jest wartka, dzieje się w Nowym Jorku, w Warszawie, w Paryżu i w Prowansji, bo państwo dużo jeżdżą. Docent jest w książce postacią bardzo negatywną, a główna bohaterka jest czasami pozytywna czasami negatywna. Generalnie, bardzo życiowa książka, opisująca perypetie osoby, która źle zainwestowała uczuciowo.

Dużo w niej dziejów pani życia?

W ogóle ich tam nie ma. Wszystkie postaci są zmyślone. Nawet jak mam prototyp bohatera, to karoserię i silnik dorabiam.  Nie ma to nic wspólnego ani z dziennikarstwem, ani z opisywactwem. Profesor Bralczyk powiedział mi kiedyś, że od momentu, w którym napiszę tytuł książki, zaczyna się literatura. Postaci w książce mogę zabijać, okaleczać, coś im dodawać. To jest moja robota.

Mówi pani, że może z bohaterami swojej prozy robić wszystko. A przecież zwykle około trzydziestej, czterdziestej strony papierowe postacie ożywają, i już autor nie wszystko może z nimi zrobić…

Jeszcze by mi tego brakowało, żeby mną postacie w książce rządziły! Zawsze pan może przejechać bohatera samochodem. Postać jest moją własnością i mogę ją torturować ile chcę. Musi mnie słuchać. Na tym polega wielka przyjemność pisania. To jest takie bycie Bogiem, podobnie jak z rysowaniem: czysty arkusz papieru a za trzy czy cztery godziny to jest dzieło sztuki.

A kiedy ono się staje dziełem sztuki? Czy nie dopiero w interakcji z widzem?

Nie, dziełem sztuki staje się wtedy, kiedy je podpiszę.

Już wtedy?

Podpisuję na końcu.

 

Gabriel Michalik

Radziejowice, Lipiec 2017

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress