Jerzy Bralczyk

Jerzy Bralczyk – ur. 1947; językoznawca, profesor nauk humanistycznych, specjalista w zakresie języka mediów, reklamy i polityki. Osobowość telewizyjna – autor i współautor audycji i programów o języku polskim, autor kilkudziesięciu książek poświęconych między innymi językowi mediów, poprawnej polszczyźnie, a także swoistych silva rerum, skonstruowanych wokół wyrafinowanych zabaw językiem polskim. Kolekcjoner wydań „Pana Tadeusza”.

 

 

 

Kultura łączy

 

Porozmawiajmy o Radziejowicach. Ale, ale… Wiesz, co? Może najpierw wyjaśnijmy, dlaczego zwracam się do Ciebie „Bralczyku”?

Taki miałeś pomysł.

Sam mi to zaproponowałeś.

Nie pamiętam.

Jestem jedyny?

Są jeszcze tacy, którzy mówią „profesorze Bralczyku”. Nie mam nic przeciwko tej formie, ale jak się ją za często powtarza, staje się nachalna.

A mogę mówić „Jerzy”?

Możesz mówić nawet „Bralczyku”, ale nie co chwila. Zauważyłeś, że odkąd przyszedłeś, ja się do Ciebie nie zwróciłem, ani „Gabrielu”, ani „Michaliku”?

Można i tak…

Niektórzy mówią „proszę pana”. I ta forma dla jednych jest oznaką szacunku, a dla innych jest dominacyjna. „Proszę pana, ja panu coś powiem”. I wtedy to „proszę pana” wcale nie jest grzeczne. Tak, jak „panie redaktorze”, które często daje czas na zastanowienie się, co też temu redaktorowi można powiedzieć.  Do mnie niektórzy mówią „panie profesorze”, a niektórzy – „profesorze”. To ostatnie nie powinno mi się podobać, ale mi się podoba.

Ponieważ jest cieplejsze od „pana profesora”.

Cieplejsze. Wolę nazwisko od imienia, ale „panie Bralczyk” i „panie Bralczyku” wydaje mi się też czemuś dziwne. I dlatego forma „proszę pana”, mimo że bywa dominacyjna, jest dla mnie najbardziej neutralna. Ale można ze sobą rozmawiać nie podkreślając, że ten, do kogo się zwracamy jest adresatem. Tym bardziej, że tu nikogo więcej nie ma.

Ale chcę postawić wyraźny akcent emocjonalny, dlatego właśnie…

…za dużo akcentów emocjonalnych wyciera emocje. Desensytyzuje, jak mówią psychologowie.

W dobrzyńskiej ziemi…

„Z Dobrzyńskiej Ziemi ród swój starożytny wiedli…

…w ziemi dobrzyńskiej zwracano się do mnie „panie Michalik”. Zdawało mi się to obcesowe, a potem się dowiedziałem, że mówią tak na znak szacunku. Tradycja taka, w tej dobrzyńskiej ziemi, z której, zapisanej wielką literą ród swój, jak zauważyłeś, starożytny niektórzy wiedli.

Czy to są ci sami, co przyjechawszy na Białoruś „zachowali mazurską mowę i zwyczaje”?

„Tu przerwał, lecz róg trzymał”. Zacznijmy zatem po raz drugi od Radziejowic.

Trzeci raz zaczynamy.

Prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym…

…jak trzeci raz zaczyna?

Skąd Radziejowice w twoim życiu?

Po raz pierwszy przyjechałem tam w latach osiemdziesiątych na małą konferencję, zorganizowaną przez Instytut Kultury, poświęconą telewizji. Pracowałem wtedy w Ośrodku Badań Prasoznawczych. Na konferencji byli badacze mojego pokolenia, późniejsi moi przyjaciele, był tam między innymi Karol Jakubowicz, wybitny, dziś już nieżyjący, medioznawca.  Była to konferencja niepozbawiona miłych kontaktów towarzyskich w sali kominkowej pałacu. Był nawet alkohol, ale niestety wtedy dostępna była przede wszystkim Vistula, której, nawet z cytryną, nie dawało się pić.

Niemal całkiem (i słusznie!) zapomniany napój.

Miejsce bardzo mi się spodobało. Potem jeszcze kilka razy byłem tam w jakiejś sytuacji konferencyjnej i na Sylwestra. Takie okazjonalne wizyty. Gdy zamieszkałem w Milanówku, zacząłem bywać w Radziejowicach częściej. Przyjeżdżałem z wnuczką, na dłużej, na tydzień na przykład. Spokój, woda. I to, że miejsce nie jest pretensjonalne, nie jest napompowane niczym. Potem zauważyłem, jaka tam prowadzona jest działalność kulturalna; że dyrektor Bogumił Mrówczyński jest takim człowiekiem… zrośniętym z tym miejscem. To wygląda na frazes, ale to prawda. Ciekawe są takie postaci, które mają swoje miejsca: kasztelan zamku w Golubiu, Zygmunt Kwiatkowski; Janusz Królik, dyrektor Muzeum Romantyzmu w Opinogórze pod Ciechanowem. Bardzo cenię takich ludzi. A Bogumił jest przy tym człowiekiem niezwykle miłym, ciepłym, ale też odważnym i stanowczym. Potrafi sprawić, że do Radziejowic przyjeżdża wielu ciekawych ludzi, którzy robią tam ciekawe rzeczy. Przyciąga ludzi.

I pozwoliłeś, by przyciągnął i Ciebie.

Urządziliśmy kiedyś w Radziejowicach czytanie „Pana Tadeusza”. Czytał Andrzej Seweryn, Janusz Olejniczak grał, ja starałem się dawać do tego zapowiedzi. Kiedy indziej zrobiłem tam wystawę wydań „Pana Tadeusza”, które zbieram od lat. Później spotkałem się tam z okazji projekcji filmu „Pan Tadeusz” Ryszarda Ordyńskiego z 1928 roku. Film niemy, więc trzeba było głos jakiś podłożyć. My z Michałem Ogórkiem podkładaliśmy głosy, co prawda nie pod postaci, które się tam pojawiały, ale pod cały film, rozmawiając o tym, co się tam dzieje, czego tam nie ma, co mogłoby być.

Wszystko podszyte Mickiewiczem.

Niekoniecznie. Niedawno byłem w Radziejowicach z profesorem Wiesławem Godzicem i z jego żoną, chyba trzy dni temu. Lubię Radziejowice. Co jakiś czas, najczęściej ni stąd ni zowąd, jadę bez specjalnego powodu.

Twórczo pracować?

Na spacer.

A czy nazwa „dom pracy twórczej” nie brzmi w naszych czasach nieadekwatnie? Skoszarować twórców, zamknąć. Niech tworzą!

Jest taki dom pracy twórczej, znacznie dalej od Warszawy niż Radziejowice, w pięknym parku, do którego jeździłem często, ale nigdy żadnego twórcy tam nie spotkałem.

W Radziejowicach – inaczej. Tworzą!

Oczywiście. Na przykład Hania Bakuła parę rzeczy zmalowała w Radziejowicach.

Zamknięty w baszcie Włodek Pawlik komponuje muzykę, Barbara Osterloff napisała dwa tomy monografii Aleksandra Zelwerowicza, jednego z największych twórców teatru polskiego; inny człowiek, demiurg sceny, który zaszczyca mnie czasem rozmową, umyka na spacerach od miłośników jego sztuki , bo przyjechał przemyśleć inscenizację dramatu…

Takie miejsce nie tyle może skłania do pracy, ale w pewien sposób ustawia towarzystwo. Bo może tam jechać jakiś snob, żeby spotkać twórcę; może jechać twórca, żeby spotkać innych twórców; mogą też jechać ludzie, którzy chcą, żeby atmosfera przejawiała się nie tylko w przyrodzie, czy w swojskiej kuchni, ale też w pewnym rodzaju anturażu. Lubię, żeby można było taki rodzaj spokoju znaleźć po coś. Nie tylko dla samego świętego spokoju.

Pewnie nas dzieli stosunek do dziedzictwa PRL, ale co tu kryć, domy pracy twórczej się jednak minionemu reżimowi udały. Te, które trwają nadal, jeśli znalazły szefa z pasją i z wizją, rozwijają się w najlepsze.

Są takie plany, żeby ideę domów pracy twórczej odrodzić. To nie proste. Potrzeba działań dwojakich: z jednej strony, marketingowych, zwiększających atrakcyjność, ale z drugiej – troski, żeby te działania nie pokazywały same, że są marketingowe. Bo, jak się coś reklamuje, to wielu ludzi, którzy by tam chętnie posiedzieli, właśnie nie posiedzi, nie przyjedzie.

Kultura dzieli.

Jaka kultura?

Kultura w ogóle.

O, kultura w ogóle! Narodowa, pewnie masz na myśli.

Niech będzie – kultura wysoka.

Najczęściej łączy. To jest ta uprawa, która ma pewien wymiar integrujący i tworzący wspólnoty. Zazwyczaj łączy nas to, co dzieli nas od innych. Najsilniejszym czynnikiem integracji jest opozycja wobec jakiejś innej integracji. Nasza klasa będzie się bardziej trzymała kupy, jeśli będzie miała jakąś inną klasę. Jeśli nie ma klubu, do którego nie chodzę, to cóż mi po takim klubie, do którego chodzę. Na tym polega kultura właśnie. Ale Ty chciałeś o Radziejowicach…

Dzielą?

Nie. Nie odnajduję tam na przykład żadnego politycznego uwarunkowania. Może po części dlatego, że jak tam bywałem, to o polityce się raczej nie rozmawiało. Trudno mi powiedzieć, czy tam przyjeżdżają kodowcy czy pisowcy. Mało tego: nawet by mi nie przeszkadzało, gdybym tam spotykał ludzi, których identyfikuję, jako co najmniej obcych mojemu sposobowi myślenia politycznego.

Bo poza Radziejowicami, niestety, jedni na drugich ujadają. Okropnie. Dożyliśmy czasów!

Jedna strona oskarża drugą o komunizm, a ta jej odpowiada oskarżeniami o bolszewickie metody. Czyli: komuniści walczą z komunistami.

„Przemysł pogardy…”

„Język nienawiści”. Nie lubię tych określeń. Nienawiść to jest poważne, solidne uczucie. A tu mamy do czynienia z okrucieństwem, czasem dziecięcym okrucieństwem.

Anonimowość Internetu mu sprzyja.

Brak odpowiedzialności…

…jak u dzieci…

…sprawia, że łatwiej być okrutnym.

Smutne to wszystko.

Wracajmy do Radziejowic!

W poprzednich rozmowach z Gwiazdami w Pałacu przewijała się obawa, że nazywanie uprawianej dziedziny „kulturą wysoką”, okopuje twórcę w twierdzy, której – Bogiem a prawdą – nikt nie ma ochoty zdobywać…

Ja myślę, że ta naprawdę wysoka kultura jest dla mnie zamknięta. Że ja się nie dopcham do prawdziwie wysokiej kultury, do ludzi, którzy są naprawdę erudytami, uczonymi prawdziwymi, intelektualistami. Jak biorę jakieś książki i listy z międzywojnia, a nawet z powojnia, to ja się ciągle czuję parweniuszem, mimo że mam tytuł profesora i jestem celebrytą, i nawet przecież nie mam złego zdania o swoim potencjale intelektualnym.

Skąd się bierze to poczucie bycia parweniuszem?

Z zawiści, że ja tego nie wymyśliłem.

A po co miałbyś wymyślić akurat Ty?

Przecież ja Cię prowokuję! Chciałem, żebyś zaprzeczył. Żebyś powiedział, że to ja jestem prawdziwym intelektualista. Czy Ty wyobrażasz sobie, żebym ja serio nazwał siebie celebrytą!

No, przepraszam! Nie oczekuj protestu. Patrzę na Ciebie jak na pomnik. Mam skrępować pomnikowi ręce, bo się postanowił samobiczować?!

A jeżeli ja jestem pomnikiem przyjaźni polsko-radzieckiej?

To – dzieli kultura czy łączy? Krukowski, nieżyjący już mówił…

A to ciekawe… Nieżyjący a mówił.

Kiedy mówił to jeszcze żył. Potem już nie żył, ale zapamiętałem, co mówił.

Lopek Krukowski?

Nie, Wojciech, dyrektor Centrum Sztuki Współczesnej.

Komu współczesnej? Jemu? A gdyby tak Muzeum Sztuki Ówcześnie Współczesnej?

I ten właśnie Krukowski mówił, że sztuka współczesna dzieli. Że są wtajemniczeni i cała reszta. I że jest w tym przemoc.

Prawdę powiedziawszy, rzeczywiście: czy tego chcemy, czy nie chcemy, to hierarchizujemy kultury. Mało jest takich, co się przyznają do tego, że ich kultura należy do niższej. Jeżeli nawet, to po to tylko, żeby ją w jakiś sposób nobilitować. Jest tendencja, która płynie zarówno z demokratyzmu warstw wyższych, jak i z aspiracji warstw niższych, nie w pełni zrealizowanych, która dopuszcza zrównanie waluacyjne kultury wyższej z niższą, uważając, że nośność kultury popularnej jest wartością, która rekompensuje głębię kultury elitarnej. Jasność, przejrzystość, głębia to są rzeczy, które cenimy w kulturze, ale one się bardzo trudno zgadzają.

Geniusz pogodzi!

Do jasnych dążąc głębin – nie mógł trafić w sedno
śledź pewien obdarzony naturą wybredną.
Dokądkolwiek wędrował, zawsze nadaremno.
Tu jasno, ale płytko, tam głębia, lecz ciemno.

Tak pisał kiedyś Tadeusz Kotarbiński. Jego fraszki uważano za zbyt prymitywne. Nie wiadomo jak to jest. Eseiki Kołakowskiego uchodzą za wzór szlachetnej prostoty, kto inny uznałby je za banały… Ale zagadałem się, zacząłem „teoryzować”. „Nie teoryzuj, docent”, mawiał Majster do Docenta. Pamiętasz Majstra i Docenta?

Czyżby to krąg kultury wysokiej?

Cykl skeczy radiowych pod tytułem „Fachowcy”. Jonasz Kofta grał Docenta, Stefan Friedmann – Majstra.  Zacząłem „teoryzować”. Zapytaj o coś konkretnego.

Żeby jeszcze dać popalić kulturze wysokiej, zapytam o awangardę. Istnieje dzisiaj?

Możemy coś nazwać „Wielką Awangardą” i będzie to wtedy nazwa własna. Może to być nawet autonominacja. Samo zjawisko awangardy, podobnie jak ariergardy bierze się z wojskowości. I przez to ma w sobie coś agresywnego.

Zaznacza się pogląd, że kultura, a specjalnie sztuki piękne, drepcze w miejscu. Jakoś nie może jej przejść postmodernizm.

Jest sztuka współczesna. Głęboko wierzę, że jest. A, że ja jej nie mogę czasem konsumować to inna historia.

A dlaczego nie możesz?

Czasem brak konsumpcji bierze się z braku apetytu.

A znasz współczesną literaturę, o której można z czystym sumieniem powiedzieć, że jest awangardowa?

Nie wiem. Co to znaczy?

Taka, która coś przewraca, wskazuje nowe drogi, „jak par exemple, jak w muzice Strawinski” – by zacytować hrabinę Koniecpolską z „Kariery Nikodema Dyzmy” Tadeusza Dołęgi Mostowicza. A propos: jej, hrabiny, pałac zagrały Radziejowice w niezapomnianym serialu Jana Rybkowskiego.

W mediach, znaczącą, rewolucyjną przemianą jest interakcyjność. Moglibyśmy powiedzieć, że w pewnym sensie wszystko wraca do tego, co już było, bo kiedyś interakcyjność była w komunikacji naturalna, bo ludzie ze sobą rozmawiali, pisali listy, potem dopiero media się w ten proces włączyły. Zastanawiam się, czy próby interakcyjnej literatury coś wyraźnie zmieniają. Albo tworzenie samemu sobie książki, co bywa modne i dobrze się sprzedaje; zabiegi, które pozwalają czuć się czytelnikowi autorem. Bo szukanie innej narracji niespecjalnie się przyjęło – antypowieść, potok świadomości, naruszenie ordo naturalis. Te wszystkie zabawy są możliwe, ale odrzuca się je  na rzecz normalnego toku. Inną przemianą było uwznioślenie literatury popularnej. Tak jak się uklasycyzowało western, tak można było uklasycyzować kryminał, jak w tej chwili. Prowokacje estetyczne, jak na przykład twórczość Breta Ellisa, prowokująca programowo antyestetycznymi bebechami i schorzeniami. Tego rodzaju prowokacje artystyczne w warstwie narracyjnej czy w warstwie świata przedstawianego pewnie będą się zdarzały. Równolegle z tym idą eksperymenty lingwistyczne, które także są w jakiś sposób związane a to z chęcią prowokacji, a to z przeświadczeniem – mniej lub bardziej uzasadnionym – że dotychczasowe próby opisania świata nie były dostateczne adekwatne. Nieadekwatność języka jest jedną z najważniejszych traum od starożytności. Wiadomo, że się nie da opisać tego, co jest naprawdę. Mickiewicz pisał „język kłamie głosowi a głos myślom kłamie”. Co jest o tyle dla mnie interesujące, że on nie mówił, że język kłamie myśli, ale jest jeszcze głos, między językiem i myślą. Tak jak gdyby twierdził, że głos, tembr głosu, intonacja, prozodia, bliższe są myśleniu i mniej podatne na kłamstwo niż język sam. Język jest bardziej skonwencjonalizowany niż nasza intonacja.

Jest wtórny.

Mówiąc o języku, myślę o słowniku i gramatyce. Intonacja oddaje emocje bardziej wprost niż nasz słownik. Te wszystkie przeświadczenia, czy to wynikające z poczucia nieadekwatności, czy z chęci prowokowania, mogą zasługiwać na miano awangardy, ale o tym czy coś awangardą jest czy nie jest, decyduje to, co jest za nią, ponieważ „awangarda” jest pojęciem relacyjnym. Jeśli za awangardą nie postępują pułki w zwartym szyku, to co to za awangarda? Może jakiś oddział zwiadowczy, który został wysłany, żeby zbadać teren i pozycje wroga, ale nie coś, co zapowiada…

Może to oddział wysłany przez dowódcę, żeby zginął na tej ziemi nieznanej i nikt więcej o nim nie usłyszał?

Może jakaś wycieczka w staropolskim rozumieniu? Zagończycy? Jeśli ktoś sam siebie uważa za awangardę nie znaczy, że nią jest. Koryfeusz, nie mający następców, nie jest żadnym koryfeuszem. Zważywszy na to, że obecnie gusta estetyczne w bardzo dużym stopniu decydują, jak i na to, że możliwości eksperymentacyjne są tak ogromne, to bardzo trudno powiedzieć, co będzie miało jakieś, jak mówią Rosjanie, „nasledstwo”.

Ale mówisz o formie, a przecież jeszcze jest treść.

Platonowi opozycja forma i treść ledwie przychodziła do głowy. Forma jest treścią, treść jest formą. Spróbuj to oddzielić. Samo oddzielenie może było jakimś przekleństwem na początku ludzkości, które rzutowało na nasz sposób myślenia. Przedtem komu by do głowy przyszło, że matka to tylko forma, a treść nie wiadomo jaka. Albo woda, która z natury jest nieformalna, bo do różnych form wlać ją można. Wydawałoby się, że samą treść posiada, niczym innym nie przymieszaną. Ale ona jest i formą i treścią. Czy H2O to forma czy treść? Forma jest naszym postrzeganiem. Treści bezpośrednio nie dostrzeżemy, musimy ją przez formę zobaczyć. To trochę tak, jak czas i przestrzeń. Istnieją one po to, żeby nie wszystko działo się jednocześnie, jak mówią niektórzy. I czas nam kategoryzuje rzeczywistość, bieży i płynie. A my go strasznie absolutyzujemy i robimy z niego człowieka z brodą.

Literatura wolna od formalnych eksperymentów, skoncentrowana na niesieniu wielkich idei.

Czyli czy pisać o Panu Bogu czy o „wdziękach” Maryni. Teraz można to nawet łączyć.

Zwrócę się do Ciebie wołaczem: Gabrielu! Czy my jeszcze rozmawiamy o Radziejowicach?

O świecie ducha bywalca Radziejowic.

Ale mnie zapędziłeś w kozi róg. Dobrze: literatura bywa nośnikiem wielkich idei, powiedział profesor Bralczyk, znany autorytet, intelektualista i wybitny językoznawca. Tak masz napisać.

Nazwałeś się przed chwilą, żartem, celebrytą. Popularność utrudnia Ci życie?

Nie utrudnia. Ułatwia. To bardzo przyjemne.

A jak się zaczęła?

Kiedyś zaczęto zapraszać mnie do radia, do telewizji.  Dostałem nawet własny program w Telewizji Polonia, „Mówi się”. Ludzie dzwonili i na żywo odpowiadałem na ich pytania językowe, co było trochę stresujące, ale to lubiłem. Później, po jedenastu latach pracy musiałem odejść. Okazałem się za stary. Ale trzeba powiedzieć, że zachowali się ładnie; dali mi słoiczek miodu.

Wiedzieli, że lubisz miód?

Wiedzieli, że miesiąc wcześniej zażyczyłem sobie podwyżki i nawet ją dostałem. Postanowili wziąć kogoś młodszego, ale chyba nie znaleźli. Bywam czasem to tu, to tam zapraszany, żeby dać głos.
Telewizja zrobiła ze mnie tego „celebrytę”.

A co się w Tobie działo, gdy zostawałeś celebrytą?

To znaczy?

Czy celebryta ma poczucie, że to, co mówi jest lepsze, ważniejsze niż to, co mówił, gdy jeszcze nim nie był?

„Celebryta” to jest wyzwisko właściwie.

Zależy od okoliczności. Jeżeli celebrytą zostaje powszechnie uznany autorytet, ktoś o bogatym dorobku, dużej wiedzy i doświadczeniu życiowym, to jest to jednak całkiem inna sytuacja niż wtedy, gdy taka popularność staje się udziałem idioty.

Dawno temu była taka rozmowa w radiu Wojciecha Manna ze mną. I Mann mówi: „Gościmy dzisiaj profesora Bralczyka, który jest znany z tego…” i tu się zawahał. Nie wiedział, z czego jestem znany. Dopowiedziałem: z tego, że jest znany. Mann wyłączył mikrofon i bardzo długo się śmiał.

 

Gabriel Michalik

Radziejowice, Maj 2016

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress