Jerzy Kisielewski

Jerzy Kisielewski, ur. 1951 r. w Krakowie, dziennikarz, współpracownik TVP i Polskiego Radia, syn kompozytora, pisarza i publicysty, Stefana Kisielewskiego,„Kisiela”; brat tragicznie zmarłego pianisty, Wacława, współtwórcy (wraz z Markiem Tomaszewskim) duetu Marek i Wacek, słynnego przede wszystkim za sprawą brawurowych adaptacji muzyki klasycznej. Wśród wielu publicznych powołań Jerzego Kisielewskiego, szczególną rolę pełni kultywacja, stworzonego przez Jerzego Waldorffa, Komitetu Opieki nad Starymi Powązkami, którego J. Kisielewski jest wiceprzewodniczącym.

Z Jerzy Kisielewskim, dziennikarzem, wieloletnim gospodarzem Letniego Festiwalu im. Jerzego Waldorffa w Radziejowicach – rozmawia Gabriel Michalik

 

Jestem pamiątką po Waldorffie

 

Wydaje się, że Pan był w Radziejowicach zawsze, jak drzewa i mury pałacu…

Otóż, nie. Wyrzucam nawet sobie, że w latach dziewięćdziesiątych, zajęty pracą dziennikarską, przyjeżdżałem zbyt rzadko i na zbyt krótko, na obiad najwyżej. Na tyle, aby zdążyć popatrzeć jak się miewa Jerzy Waldorff, który wraz z Mieczysławem Jankowskim, już od lat spędzali tu wiele czasu.

Przyjaźń z Waldorffem odziedziczyłem po ojcu. A ta ich relacja była o tyle też szczególna, że – choć mieszkali o kilka kroków od siebie, Waldorff w Alei Przyjaciół, ojciec przy Szucha – mogli miesiącami się nie widywać, podtrzymując kontakt w długich rozmowach telefonicznych. Ale gdy tylko u jednego z nich działo się coś złego, drugi natychmiast się pojawiał.

Na przykład, w 1969 roku, po tym, jak ojca pobili tak zwani nieznani sprawcy w odwecie za słowa o dyktaturze ciemniaków, które osobiście dotknęły Władysława Gomułkę, Waldorff oczywiście był u ojca.

– Co za kraj?! Jak to możliwe, żeby bić ludzi. I to takich ludzi! – i coraz bardziej się w tonie waldorffowym rozkręcał. Aż w końcu mówi: – Stefan, ja już bym wolał, żeby to mnie pobili!

Ojciec, ewidentnie zbolały, bo bili go i mocno, i profesjonalnie, jednak odpowiedział: – Wiesz, Jerzy, jeśli chcesz, to ja ci to mogę załatwić.

Waldorff wybuchł. – Stefan! Ty nawet w dramatycznych sytuacjach nie potrafisz zachować powagi!

A ironia, śmiech, dystans stanowiły dla ojca środek obrony przed dojmującą nieraz rzeczywistością.

Wracając do Radziejowic. Przyjeżdżałem na trochę i obserwowałem, jak Waldorff jest dopieszczany i jak się świetnie tutaj odnajduje. Waldorff już wcześniej wyszukiwał zabytkowe, piękne domy, które pasowały do niego a on do nich. Zaraz po wojnie, gdy ojciec i Waldorf mieszkali w Krakowie, a obaj byli związani z „Przekrojem”, redakcja miała zaprzyjaźniony dworek, kilkanaście kilometrów za miastem. Jeżdżono tam na lato, na weekendy. Miejscowość nazywała się Śledziejowice, ale nikt tak na ten dworek nie mówił. Funkcjonowała nazwa „Waldorffowice”, bo to Waldorff był duchem tego miejsca. Myślę, że i w przypadku tamtych „Waldorffowic”, a przede wszystkim później, w Radziejowicach, ujście znajdowała tęsknota Waldorffa za dzieciństwem spędzonym w majątku w Rękawczynie, przywiązanie do dworu, do tych dekoracji: podjazdu, do kolumn przy wejściu. Odkrył Radziejowice i był w nich u siebie.

Genialny skecz z tamtych czasów stworzył Bohdan Łazuka, który tu wówczas mieszkał w trakcie jakichś swoich perypetii życiowych, bodaj budowlanych. Oddać to można tylko talentem Łazuki. A rzecz miała się następująco. Waldorff z Mietkiem na spacerze; i Waldorff kulą wskazuje poszczególne ślimaki wędrujące po ścieżce: „Mietku, czy mógłbyś tego ślimaka? Mietku, tu jeszcze jest ślimak, przenieś go proszę!” Łazuka odgrywa to na dwa głosy – Waldorffa i Mietka; niesłychanie śmiesznie i niesłychanie prawdziwie.

Waldorff stał się swoistą atrakcją turystyczną Radziejowic.

Dyrektor Mrówczyński wpadł na pomysł, że skoro Waldorff się pojawił, to trzeba coś zrobić – słowo, obraz, dźwięk. Tak powstały Radziejowickie Spotkania ze Sztuką. Do idei zapalił się m.in. ksiądz proboszcz. Pamiętam takie lato, gdy Waldorff przemawiał z ambony do pełnego kościoła. Mówił o muzyce, jak to on – z wszystkimi aluzjami i dygresjami i z odniesieniami do bieżących spraw. Cała masa ludzi tam przychodziła.

Uwielbiał to, choć raz stałem się świadkiem sceny buntu, gdy Waldorff opierał się publicznym wystąpieniom.

– Ja chcę pisać, ja chcę mieć spokój! Przyjeżdżam, żeby odpocząć!

Po czym jednak zobaczył ludzi, wyszedł i nagle już nie musiał pisać i odpoczywać.

Właśnie w Radziejowicach stworzył wzruszającą książeczkę o Pana ojcu i o ich przyjaźni.

Miałem w tym pewien udział. Zdarzyło się niedługo po śmierci ojca, że zadzwonił do mnie młody człowiek z Domu Kultury w Pułtusku i oznajmił, że chcieliby wydawać dzieła ojca. Mają możliwość druku, kolportażu, rzecz non profit. Ucieszyłem się, bo obsesyjnie staram się, aby nic z tej spuścizny się nie zmarnowało. Zaproponowałem na początek „Gwiazdozbiór muzyczny”, tom esejów o ulubionych kompozytorach ojca. Ustaliliśmy, że zwrócę się o napisanie wstępu do Waldorffa. Ten zgodził się. Zapytał o objętość. Poprosiłem, żeby się nie ograniczał.

Po jakimś czasie dzwoni z Radziejowic. Zaprasza na obiad. Przyjeżdżam.

– Mój drogi, nie będzie żadnego wstępu!

– Jak to?!

– Przypomniałem sobie wiele rzeczy, wstęp zrobił się długi. To będzie odrębna rzecz. Nazwałem ją „Słowo o Kisielu”.

Co ciekawe, młody człowiek z Pułtuska, sprawca całego zamieszania, zniknął; nie odezwał się już nigdy później. I stała się rzecz świetna, gdyby bowiem on się nie odzywał, a Waldorff napisał wstęp, byłoby głupio. Również byłoby niezręcznie, gdyby dom kultury w Pułtusku zamiast wstępu dostał tekst o rozmiarach książki. Ale skoro młodzieniec milczał, to poszliśmy do „Iskier”, gdzie Waldorff przy okazji załatwił wydanie książeczki o Szymanowskim. „Słowo o Kisielu” ukazało się. I dotąd jest chętnie czytane.

O ile przyjaźń z Waldorffem odziedziczył Pan po ojcu (że się posłużę Pana sformułowaniem), o tyle Radziejowice Pan dostał w spadku po Waldorffie…

Kiedy Waldorff odszedł, a dyrektor Mrówczyński przekształcił letnie wydarzenie, zainaugurowane w czasach Waldorffa, w Festiwal, mnie zaproponował ich prowadzenie. Oczywiście, duża trema, Waldorffa nie da się zastąpić, nawet próbować nie można. Ale prowadzę te wieczory z rosnącą z roku na rok radością i wzruszeniem, choćby ze względu na liczbę widzów, którzy przyjeżdżają z okolicy, z Warszawy a czasem nawet z bardzo daleka. W zeszłym roku podeszła do mnie pani.

– Czy pan radzi ten czwartkowy koncert czy sobotni? Który będzie taki symfoniczny, okazały? Wie pan, wiozę cały autobus uniwersytetu trzeciego wieku, jedziemy sto dwadzieścia kilometrów. Nie chcę, żeby byli rozczarowani, że ich przywiozłam na koncert kameralny…

No i wsiąkłem jakoś w Radziejowice, jako, powiedzmy, pamiątka po Waldorffie.

Podobnie było ze Społecznym Komitetem Opieki nad Starymi Powązkami. Też dba Pan od lat o przedsięwzięcie zapoczątkowane przez Jerzego Waldorffa.

Mawiał, że to jego ostatnie przedsięwzięcie. Na koniec się tam jeszcze położę. A gdy telefonował gdzieś w sprawach komitetu, przedstawiał się: Mówi Waldorff, honorowy nieboszczyk”. Ten typ poczucia humoru trzymał się go w sprawach powązkowskich. Do legendy przeszedł jego występ na prezentacji książki Magdy Zawadzkiej, która kwestowała na Powązkach od początku Komitetu, więc Waldorff, bardzo już słaby i schorowany, wybrał się na tę promocję.

W pewnym momencie uniósł kulę inwalidzką, czym zwykle dawał znać, że chce zabrać głos i rzekł: Moja droga kwestarko zasłużona. Prędzej czy później, ja prędzej, ty znacznie później, ale spotkamy się na Powązkach. I będę wtedy do ciebie mówił: sąsiadeczko uchyl wieczko.

Ugotował całe spotkanie!

Nawet nie wiedziałem, że Komitet jest tak zaraźliwy! To był jeden z gotowych scenariuszy Waldorffa, podobnie, jak wcześniej starania o stworzenie Muzeum Karola Szymanowskiego w Zakopanem, warszawskiego Muzeum Teatralnego, czy restauracja pałacu książąt Radziwiłłów w Antoninie.  Ale tu rzecz była obliczona na trwanie. Powiedział: – Ja zaczynam a wy musicie kontynuować. Was zabraknie i znowu ktoś musi kontynuować.

Tak właśnie się stało. Kolejne pokolenie artystów uważa zaproszenie do kwesty na Powązkach za nobilitację, wyraz uznania dla ich pozycji zawodowej.

Dzień przed śmiercią Waldorff miał obawy, że wraz z jego śmiercią Komitet przestanie istnieć. Powiedziałem: „Nie ma mowy!”

Rośnie liczba zebranych pieniędzy. Urosła też wrażliwość ludzi nie tylko na Powązki, ale w ogóle na zabytkowe cmentarze. Podobne komitety pączkują w całej Polsce: Kraków, Olsztyn, Gdańsk, Łomża, a także maleńkie miejscowości. W zeszłym roku podczas obchodów czterdziestej rocznicy Komitetu, podbiła nasze serca pani z maleńkiej wsi na wschodzie Polski, gdzie zmobilizowała ludzi do zbierania środków na remont nagrobków między innymi z czasów Powstania Styczniowego. To jest pomnik Waldorffa. Już zawsze będzie kojarzony z Waldorffem.

Pana znajomość z Waldorffem datuje się od czasów krakowskich, czyli tych, gdy jako dziecko, wraz z rodzicami i rodzeństwem, mieszkał Pan w słynnej krakowskiej kamienicy przy Krupniczej 22, zwanej Domem czterdziestu wieszczy, za sąsiadów mając Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Jerzego Andrzejewskiego, Stanisława Dygata, by wymienić tylko kilka nazwisk. To w tamtych właśnie czasach ojciec pański jako dr J. E. Baka…

…urządził Waldorffa. Bo pod tym właśnie pseudonimem publikował artykuły w piśmie Filharmonii Krakowskiej, którego redaktorem naczelnym był Waldorff. Minęło nieco czasu, zanim ktoś przeczytał to nazwisko pomijając kropki, ale gdy już tego doszło, Waldorffa zwolniono z funkcji redaktora. Zresztą wcześniej, to właśnie ojciec ściągnął Waldorffa do Krakowa. Pracował już w „Przekroju”, początkowo jako korektor. Gdy Waldorff z Mietkiem zjechali, włączyli się w tworzony pod auspicjami „Przekroju” Kabaret Siedem Kotów. Mietek miał za zadanie pojechać do Warszawy po Irenę Kwiatkowską, jedyną osobę, która mogła zmusić Gałczyńskiego do skrócenia lub wydłużenia tekstu, jeśli była taka potrzeba.

„Przekrój” i Siedem Kotów, przy ich wszystkich walorach artystycznych, głosiły jednak pochwałę nowych czasów, co musiało boleć Pana ojca i Waldorffa, zorientowanych „przedwojennie” Taka na przykład postać Augusta Bęc-Walskiego, reakcjonisty, stałego obiektu drwin. Gdy go posłuchać, to przecież skóra zdjęta z Waldorffa…

Z Bęc-Walskim było o tyle zabawnie, że ojciec i Waldorff wymyślali alternatywne skecze z udziałem tej postaci, nie do publikacji. Między innymi:

 – Panie Bęc-Walski, zbieramy na Gwiazdkę dla żołnierzy.

– To orzełków już nie będzie?!

Albo:

 – Panie Bęc-Walski, co pan robi na Gwiazdkę?

– Jak czerwona to [i tu padał niecenzuralny czasownik].

No, chociaż i Waldorffowi zdarzały się rzeczy, których by się pewnie dzisiaj wstydził. Na przykład tekst w „Przekroju” o procesie kurii krakowskiej; wyraźnie wymuszony.

Jeden z bardzo nielicznych powojennych tekstów politycznych Waldorffa, który przecież odznaczał się raczej apolitycznością i ucieczki przed realnym socjalizmem szukał w świecie muzyki i – przede wszystkim – w autokreacji na „ostatniego barona PRL”. Inaczej – Pana ojciec, który nie ustawał w ciągłej grze z władzami o minimalną choćby przestrzeń wolności. Zaryzykował wydawanie w paryskiej Kulturze książek, za które – bez dwóch zdań – mógłby trafić do więzienia, gdyby wyszło na jaw, że jest ich autorem. Pseudonim miał do tego fantastyczny, Tomasz Staliński. Tomasz po pseudonimie Bieruta, a Staliński – wiadomo.

Profesor Friszke ustalił, że w MSW stworzono zespół do analizy tekstów powieści Stalińskiego, który ustalił, że nie może to być pisarz emigracyjny, gdyż zbyt dobrze zna topografię Sejmu i Komitetu Centralnego PZPR. Zarazem zauważono, że o ile, co do Sejmu, Staliński nie myli się – miejsca, ludzie, detale są zgodne z rzeczywistością, o tyle w odniesieniu do KC nie był już tak dobrze zorientowany. Z ulgą więc stwierdzono, że to nie jest ktoś z nich. Podejrzewano m.in. Putramenta.

A w ogóle w końcu doszli do tego, że Staliński to Kisiel?

Nikt nie miał pewności. Być może jedną z prób potwierdzenia było takie zdarzenie, jeden z rzadkich momentów, gdy ojciec zirytował się na mego brata. Otóż, w święta był u nas człowiek, który pisał o jazzie. Zasiedział się, i w pewnej chwili mówi: pani Stefanie, a Staliński to pan?. Na to Wacek, tak, sobie a muzom, rzucił: Nie lubię ubeków, a zwłaszcza tych mało inteligentnych.

Atmosfera skwasiła się, człowiek wyszedł. Siedzieliśmy z Wackiem w jednym pokoju,  a ojciec raz po raz wchodził i mówił coś w tym rodzaju: Nie można tak się zachowywać wobec gości, zwłaszcza w święta. Wacek – nic. Ojciec wyszedł, wrócił i mówi: Bez sensu!. Wyszedł. Znowu za jakiś czas wrócił i miał już argument nie do obalenia: Płoszysz mi moich ubeków. Teraz będzie inny i wiesz ile czasu mi zajmie, żeby go zidentyfikować?!

Aż dziw bierze, że sam Pan pisze niezbyt chętnie, zwłaszcza, że jak już Pan coś napisze, to jest co poczytać. Z wielkim zainteresowaniem i przyjemnością obcowałem z Pańskim tomem „Pierwsza woda po Kisielu”.

Kiedyś, lata temu namawiano mnie do pisania recenzji książek do „Tygodnika Powszechnego”. Miałem wątpliwości. Dlaczego ja, wówczas dwudziestokilkuletni, mam zalecać czytelnikom „Tygodnika…”, ludziom, którzy przeczytali dziesięć razy więcej niż ja, co mają czytać.

Jestem dziennikarzem. Moja praca to pośredniczenie pomiędzy widzami i słuchaczami a osobami, które chcę pokazać.

Ojciec mawiał, że Pan będzie inżynierem. Jak to się stało, że nim Pan nie został?

Żartował. W Krakowie chodziłem do szkoły muzycznej. Sprowadziliśmy się do Warszawy, a tu szkoła muzyczna szła innym rytmem, były jakieś komplikacje. I żeby to uzasadnić, ojciec powiedział: – Słuchaj, ja jestem muzykiem,żyję z muzyki, Wacek  [mój brat] gra, Krystyna  [moja siostra] gra, ty będziesz normalnym człowiekiem.  

Ale na tym się skończyło. Nie było żadnych nacisków. Ojciec był liberalny w sprawach domowo-wychowawczych. Czasem tylko, co uwiecznił w swoich Dziennikach,  narzekał, że – jak to ładnie nazwał – dzieci przepieprzają czas. Ale taka jest cecha ludzi w pewnym wieku, że sprawiają wrażenie, jak by to właśnie z czasem robili.

Złudne wrażenie, prawda? Bo przecież w tym, rzekomo zmarnowanym, czasie – rozwijają się, choć może w inną stronę, niż by sobie tego życzyli rodzice…

W okresie studiów (a wybrałem się na lingwistykę, a nie na Politechnikę), spędzaliśmy dużo czasu z moim przyjacielem Karolem Małcużyńskim juniorem. W okolicy naszych domów, w Alejach Ujazdowskich, było bardzo dobre miejsce, restauracja „Ambasador”. Można tam było przyjść bez krawata i bez karty wstępu. Mnóstwo ciekawych ludzi tam przychodziło. Kiedyś spotkałem Adama Kreczmara. Siedział nad kieliszeczkiem winiaku, zamyślony. Zaczęliśmy rozmawiać.

I Kreczmar mówi: – Wiesz, nie potrafię  pisać chałtur…

– Jak to? Chyba nie musisz?

– Wojsko dobrze płaci. Poproszono mnie, żebym napisał piosenkę na koncert armii… zaprzyjaźnionych. Napisałem, że było sobie czterech braci – Lech, Czech, Rus i Enerdus. I nie spodobało się. Nie potrafię pisać chałtur.

Dom nad nieistniejącą już restauracją „Ambasdor” to jeden z warszawskich zaklętych rewirów. Mieszkania rozdzielano kiedyś wśród ludzi pióra. Tam również rozegrała się jedna z najbardziej tajemniczych zagadek PRL, zabójstwo Jana Gerharda.

Moja siostra chodziła do liceum z córką Gerharda. Znała też domniemanego zabójcę. Na marginesie: w jednej klasie ze mną była Lena Moczar, córka Moczara, a także córka wiceministra od podsłuchów. Ciekawie wyglądały te zestawienia. Jeśli chodzi o sprawę Gerharda, to Józef Hen, sąsiad z tego bloku nad „Ambasadorem” opowiadał mi, że w dniu śmierci Gerhard wybierał się do kogoś na samych szczytach władzy. Miał wiedzę o jakiejś aferze finansowej. W, odznaczającej się czarnym humorem anegdocie, łączono natomiast śmierć Gerharda z osobą Bolesław,a Piaseckiego, otóż gdy Piaseckiego wybierano do Rady Państwa, a Gerhard był wtedy w Sejmie, to miał wstać i ostentacyjnie wyjść. Gdy go zabito, złośliwi mówili „z Bolem nie wolno zadzierać!”

A z tym właśnie Piaseckim, Pana ojciec był w pewnej zażyłości…

Niesamowita postać. Ojciec lubił opowiadać, stawiając w kłopotliwej sytuacji ambasadorów Włoch, że po zajęciu Abisynii przez Włochy ujrzał pod ambasadą grupę młodych ludzi w czarnych koszulach, którzy skandowali „Vivat Duce!’, a ambasador kłaniał się uprzejmie z balkonu. Na czele tej grupy stał Piasecki. Fenomen, człowiek z charyzmą. Ojciec napisał kiedyś o nim w „Tygodniku Powszechnym” „Bolesław Samozwaniec”. Niedawno profesor Andrzej Friszke odnalazł list mojego ojca do Piaseckiego z października 1956 roku, gdzie ojciec poddaje krytyce programowy artykuł Piaseckiego „Instynkt państwowy”, którym Piasecki sprzeciwiał się przemianom Października. List jest podpisany „Twój wróg, Stefan Kisielewski”.

Piasecki nieco kokietował ojca, ciągnął go w stronę PAX-u, ale bez skutku.

Ojciec zresztą należał do takich ludzi, którzy – nie ulegając komuś – są w stanie docenić talenty osobiste.

Przełomem w życiu Pana ojca była pierwsza Solidarność i – ciąg dalszy, po przerwie stanu wojennego, rok 1989, kiedy ojciec w końcu mógł wyjść z cienia. Wydał słynne „Abecadło Kisiela”, często pojawiał się w telewizji. Stał się z dnia na dzień znany bardzo szerokiej publiczności.

Wcześniej,  wiele osób czytało jego felietony i powieści; niektórzy znali go jako kompozytora. Ale, jak to nazwałem, „twarz dostał” dopiero, gdy się pokazał w telewizji.

Małgorzata „Duda” Lorentowicz, doskonała aktorka, opowiadała historię świetnie ilustrującą tę odmianę w życiu publicznym ojca. Otóż pani Lorentowicz w czasie okupacji uczęszczała do szkoły baletowej dla panien z dobrego domu. Do zajęć przygrywał tam wypłoszowaty pianista. Mówiło się „Stefanku, szybciej! Stefanku, wolniej!”, a Stefanek był nieco oderwany od rzeczywistości i nie zawsze grał to, czego oczekiwano.

Jakiś czas później „Duda” spotkała go na ulicy.

– Stefanku, może trzeba ci w czymś pomóc? Grasz?

– Gram.

Po wojnie, spotkali się znowu, ruiny, wiadoma atmosfera.

– Stefanku, co robisz? Może ci pomóc?

– Jestem w Krakowie, mam dzieci.

– Ale czy grasz?

– Gram.

A był już wtedy ojciec wykładowcą Konserwatorium.

Kolejne spotkanie, dziesięć lat później, na placu Trzech Krzyżu.

– Stefanku, jak ci się powodzi?

– A, jestem już w Warszawie.

– Ale pracę masz? Może mógłbyś grać w kawiarni…

– Mam pracę. W takim dużym cyrku.

– Grasz?

– Gram.

A wówczas był posłem na Sejm.

„Duda”, oczywiście wiedziała, kto to jest Stefan Kisielewski, czytała „Tygodnik Powszechny”, ale nie przyszłoby jej do głowy łączyć tych dwóch postaci: wypłoszowatego tapera ze szkoły baletowej  i wielkiego Kisiela. Dopiero podczas pierwszej Solidarności, kiedy ojciec pokazał się w telewizji, zrozumiała i skonstatowała: „Ta świnia, Stefanek przez tyle lat mnie oszukiwał!”.

Wróćmy jeszcze na chwilę do, Pańskich już, Radziejowic.

O tym, co to jest za miejsce, decyduje klimat tworzony latami przez dyrektora Mrówczyńskiego, a więc też ludzie, których ten klimat przyciąga. Dla wielu z nich Radziejowice to „ul ratunkowy”.

Jest taka anegdota: w nocy do drzwi pałacu dobijał się pewien człowiek. Wyszedł pracownik ochrony i zapytał:

– Czy umie pan grać?

Spóźniony gość odpowiedział twierdząco.

A, to niech pan wchodzi!

I tym sposobem zawitał do pałacu jeden ze słynnych artystów jazzu. W zależności od tego,kto opowiada anegdotę, pojawiają się różne nazwiska spóźnionego gościa.

Radziejowice sięgają coraz dalej, promieniują nie tylko na Europę, ale nawet na Kraków, z Piwnicą pod Baranami włącznie. W zeszłym roku, podczas Festiwalu, Agata Zubel sięgnęła po piosenki Ewy Demarczyk i przez pierwsze dwadzieścia sekund miało się poczucie, że brzmi Demarczyk w uszach, a potem zrobiła z tego coś autorskiego, znakomitego. Zygmunt Konieczny, kompozytor Ewy Demarczyk, był zachwycony..

Coraz więcej rzeczy łączy mnie z Radziejowicami. Jeździłem kiedyś do Bydgoszczy. W tym mieście pani Eleonora Harendarska, dyrektorka Filharmonii Pomorskiej tworzyła galerię portretów rzeźbiarskich ludzi związanych z muzyką. Byłem tam na odsłonięciu popiersia ojca, niedługo po jego śmierci. Z kolei, po śmierci Waldorffa, również jego popiersie zostało tam wystawione. Minęły lata, spotkałem panią Harendarską i okazało się, że jest skłonna oddać Radziejowicom popersie Waldorffa w depozyt. I tak właśnie ta rzeźba trafiła do Radziejowic. Waldorff pilnuje swojego miejsca.

Mógłbym wymieniać kolejne, drogie mi osoby, z którymi połączyły mnie Radziejowice. Człowiek, którego serdecznie pamiętam, bardzo radziejowicki, Wojciech Siemion; uroczy, zawsze coś miał do powiedzenia. Mało tego – wygłaszał ciepłe uwagi na temat tego, co ja tam robię, co dodaje odwagi. Państwo Strugałowie, pani Monika, muzykolog, menedżer kultury, której zawdzięczam możliwość wejścia z kamerą we wszystkie zakamarki Filharmonii Narodowej, podczas jubileuszu tej instytucji oraz Maestro Tadeusz, wspaniały dyrygent. Wyglądają jak młode, świeżo poślubione małżeństwo, choć Maestro przekroczył już osiemdziesiątkę. 

A są też postacie radziejowickie także spoza gatunku homo sapiens. Dwa lata temu, podczas koncertów Festiwalu, pojawiał się raz po raz piesek meloman. Na ostatnim koncercie, pod batutą Tadeusza Strugały piesek przeszedł koło Maestra, następnie koło mnie, po czym usiadł i słuchał. Potem zdarzyło się nieszczęście; piesek wpadł pod samochód. Odratował go Maciej Prus, wspaniały reżyser, niezwykle ciekawa postać. Potrzebna była operacja, kosztowne leczenie. Teraz pan Prus przyjeżdża do Radziejowic zawsze w towarzystwie tamtego muzycznego pieska, któremu, co nie dziwi, nadał imię Largo.

 

Gabriel Michalik

Radziejowice, 13 czerwca 2016 r.

 

 

 

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress