Jubileusz Wielkiej Maestry

Radziejowice są miejscem szczególnym. Od wieków związane z najwybitniejszymi ludźmi kultury i sztuki, którzy przyjeżdżali tu najpierw na zaproszenie rodziny Krasińskich – właścicieli majątku a potem do utworzonego przez Ministerstwo Kultury Domu Pracy Twórczej. Artyści upodobali sobie Radziejowice, traktując je niemalże jak drugi dom. Atmosfera sprzyja nie tylko pełnej skupienia pracy, ale także najbardziej inspirującym spotkaniom, w trakcie których różne dziedziny sztuki wzajemnie się przenikają. W radziejowickim Pałacu, bez względu na to, czy posługujesz się pędzlem, piórem, dłutem czy smyczkiem, istnieje tylko jeden, wspólny język: język sztuki. Takim spotkaniem był wieczór poświęcony dwojgu wybitnym artystom: prof. Teresie Żylis-Gara oraz prof. Marianowi Koniecznemu, który odbył się 30 stycznia. Było to prawdziwe święto sztuki, a równocześnie hołd złożony w rocznicę Ich urodzin, obie daty dzieli bowiem zaledwie kilka dni.

Wielką dumą dla Domu Pracy Twórczej jest niesłabnąca sympatia, jaką Radziejowice darzy Maestra Teresa Żylis-Gara. Ta wybitna śpiewaczka gościła we wszystkich najsławniejszych salach koncertowych świata, jak Covent Garden i La Scala. Przez szesnaście sezonów występowała w Metropolitan Opera. Jej partnerami na scenie byli m.in. Placido Domingo, Luciano Pavarotti i Montserrat Caballé. Dziś zajmuje się kształtowaniem młodego pokolenia śpiewaków na całym świecie. Do Radziejowic wraca od wielu lat, cyklicznie organizując Mistrzowskie Kursy Techniki i Interpretacji Wokalnej. Potwierdzeniem znaczenia Pałacu w sercu Maestry jest wybór Radziejowic na miejsce obchodów jubileuszu urodzin.

Wieczór należał także do rzeźbiarza prof. Mariana Koniecznego, twórcy m.in. „Nike Warszawskiej”, którego dzieła stoją na trzech kontynentach. Odsłonił wykonane przez siebie specjalnie na tę okazję popiersie Maestry Żyli-Gara. Na scenie towarzyszył im niezrównany Jerzy Kisielewski – gospodarz wieczoru. Doskonale znany radziejowickim bywalcom jest gwarantem humoru, elokwencji i niewyczerpaną krynicą anegdot. Bohaterowie wieczoru podczas odsłonięcia żartowali i podzielili się zabawnymi historiami związanymi z pracą nad rzeźbą. Jej kulisy odsłoniła przed nami wystawa zdjęć Marka Miczulskiego, który towarzyszył obojgu podczas procesu twórczego w pracowni rzeźbiarza i uwiecznił spotkanie tych dwóch wybitnych osobowości.

Wraz z Domem Pracy Twórczej hołd obojgu oddał inny Mistrz: Janusz Olejniczak, który lekkością repertuaru wpisał się w atmosferę karnawału i zagrał doskonale znane kompozycje, m.in. Zygmunta Koniecznego.

Dla czcigodnych jubilatów zaśpiewali także uczestnicy kończącego się właśnie w Radziejowicach Mistrzowskiego Kursu Techniki i Interpretacji Wokalnej prowadzonego przez Maestrę. Na początek usłyszeliśmy Dorotę Zawadzką (sopran) , która wybrała dość współczesny, a przy tym różnorodny materiał. Pieśń „Hotel” Francisa Poulenca do słów Guillaume’a Apollinaire’a jest jedną z pięciu części „Banalités” skomponowanych w 1940 i dedykowanych przyjaciółce Marthe Bosredon. „Pleurez mes yeux” z trzeciego aktu opery „Le Cid” Julesa Masseneta jest wyrazem rozpaczy Chimeny po śmierci ojca, którego zabił jej ukochany Rodrigue. Śpiewaczka doskonale oddała tragedię bohaterki, która uświadamia sobie, że jakkolwiek nie postąpi, będzie miała złamane serce. Warto zaznaczyć, że tę arię wykonywała m.in. Maria Callas. Następnie usłyszeliśmy dwie kompozycje George’a Gershwina: „The man I love” i „My man’s gone now”. Pierwsza jest popularną piosenką śpiewaną przez Billi Holliday i Ellę Fitzgerald, tym razem w operowym wydaniu. Druga jest arią z opery „Porgy and Bess” opowiadającą o rozpaczy żony po śmierci męża. Dorota Zawadzka miała przez sobą nie lada zadanie: muzycznie kompozycja nawiązuje do muzyki gospel.

Następnie na scenie pojawiła się Aleksandra Kubas (sopran). Swoim występem wprowadziła nas w świat marzeń sennych, baśni i młodości. Była rozmarzoną Julią w arii „Je veux vivre” z opery „Romeo i Julia”, która nie chce przestać śnić, ponieważ w jej marzeniach panuje ciągle wiosna. Jako tytułowa „Manon” z opery Julesa Masseneta przekonywała, że tylko życie chwilą ma sens i trzeba je spędzić na śpiewie i tańcu. Opowiedziała baśń o rusałce „Wilii” z „Wesołej wdówki”, która najpierw zabrała serce pewnemu starcowi, aby później zostawić go w żalu i tęsknocie. Jej Adela z „Zemsty nietoperza” Johanna Straussa w arii „Mein Herr Marquis” brawurowo broni się przed rozpoznaniem na balu jako służąca.

Daniel Borowski (bas) pokazał nam mniej oficjalną stronę klasycznych kompozytorów. Na początku znaleźliśmy się w karczmie, podczas mocno zakrapianej zabawy w pieśni „Hulanka”. Jej autorem jest … Fryderyk Chopin, który na dzień przed odjazdem z Warszawy wymknął się na pożegnalną „hulankę” w towarzystwie paru przyjaciół i tam podobno powstała owa wesoła piosenka. W tym gronie był także Stefan Witwicki, autor tekstu, który napisał natchniony zabawą. Następnie śpiewak zabawił nas pieśnią Stanisława Moniuszki „Kuma sobie siedziała”. W przeciwieństwie do bohaterów poprzednich utworów dobrze nie bawi się Leporello w arii „Notte e Giono” z opery „Don Giovanni” Mozarta. Skarży się, że to jemu przypada nudna praca stania na straży, podczas gdy jego pan oddaje się uciechom życia. Na koniec usłyszeliśmy maestrię wykonania w doskonałej arii nauczyciela muzyki Don Basilio z „Cyrulika Sewilskiego” Gioacchino Rossiniego.

Wieczór zakończył się przy lampce wina, wśród zdjęć Marka Miczulskiego, na których prof. Teresa Żylis-Gara pozuje w pracowni prof. Mariana Koniecznego. Śpiew i rzeźba wydają się być na dwóch różnych biegunach twórczości artystycznej. Ulotny głos, tak wrażliwy na wszelkie zmiany i materialny konkret w postaci wykutego brązu. Jak widać są to tylko pozory, które prawdziwa sztuka przekracza. Takie rzeczy mogą zdarzyć się tylko w Radziejowicach.

Foto: M. Miczulski VOX HUMANA

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress