Krzysztof Kazimierz Pawłowski

Krzysztof Kazimierz Pawłowski (ur. 3 maja 1934 w Warszawie) – architekt, urbanista, profesor nauk technicznych, profesor zwyczajny Politechniki Łódzkiej, jeden z nestorów polskiej szkoły konserwacji zabytków. W 1958 ukończył studia na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. W 1965 doktoryzował się, osiem lat później uzyskał stopień doktora habilitowanego W 1982 otrzymał tytuł naukowy profesora. Specjalizuje się w zagadnieniach z zakresu historii urbanistyki i rewaloryzacji miejskich zespołów zabytkowych. Pracował w Zakładzie Teorii i Historii Architektury i Urbanistyki Polskiej Akademii Nauk, w Instytucie Historii Kultury Materialnej PAN oraz w Instytucie Planowania Przestrzennego macierzystej uczelni. W 2000 został profesorem zwyczajnym na Wydziale Budownictwa, Architektury i Inżynierii Środowiska Politechniki Łódzkiej. Był również dyrektorem Instytutu Architektury i Urbanistyki na tej uczelni. Pełnił funkcje doradcy premiera Jerzego Buzka ds. dziedzictwa narodowego (1999–2001), a także prezesa polskiego komitetu ICOMOS (1993–2003). Jako ekspert współpracował z UNESCO w zakresie ochrony dziedzictwa kulturowego w krajach europejskich, afrykańskich i azjatyckich. Wszedł w skład prezydium Komitetu Architektury i Urbanistyki PAN, w latach 2001-2016 – przewodniczący Sekcji Historii i Konserwacji. Członek Francuskiej Akademii Architektury, doktor honoris causa Politechniki Lwowskiej. Odznaczony m.in. Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (2013), Złotym Medalem Gloria Artis, francuskim Orderem Sztuki i Literatury oraz medalem francuskiego Stowarzyszenia Geograficznego. Wyróżniony Nagrodą im. Profesora Aleksandra Gieysztora i Nagrodą im. Profesora Jana Zachwatowicza. Autor wielu książek i artykułów naukowych. Obecnie kontynuuje prace dydaktyczną jako profesor na Wydziale Budownictwa i Architektury Politechniki Lubelskiej .

 

Zabytek musi żyć!

 

Zdaje się, że Pan Profesor zawsze bywał w Radziejowicach. Ale musiał przecież kiedyś zdarzyć się ten pierwszy raz…

To rzeczywiście było na tyle dawno, że nawet poszukiwania w pamięci nie podpowiadają nic jednoznacznego. Chcę być precyzyjny, więc wymienię nie – pierwszy kontakt z tym miejscem, ale tę datę, która zapoczątkowała okres permanentnej łączności z Pałacem. A zdarzyło się to w roku 1974, gdy profesor Alfred Majewski powołał mnie na stanowisko zastępcy Generalnego Konserwatora Zabytków. Wtedy nawiązałem z Radziejowicami taką relację, która szybko przekształciła się w swego rodzaju zaprzyjaźnienie, i objęła – poza sprawami służbowymi – także życie prywatne. Przyjeżdżałem tutaj z żoną, teściową, z córką. W Radziejowicach powstawały i powstają moje książki.

Na te ponad czterdzieści lat składa się kilka epok w życiu Pałacu…

Z dużym uznaniem obserwuję rozwój Radziejowic. Zrobiono tu niesłychanie wiele! Wtedy, w latach siedemdziesiątych, na przykład modrzewiowy dworek był – co tu kryć – po prostu slumsem. Mieszkały w nim osoby skierowane tam przez organy opieki społecznej. Jak wygląda teraz, wystarczy popatrzeć. Później przyszedł czas na rewitalizację czworaków, też przecież uprzednio całkowicie zdewastowanych. Nie będziemy wymieniać tych wszystkich zmian, które zresztą w ogóle trudno policzyć; stale obserwuję chociażby przemiany na terenie parku, pojawianie się w nim nowych elementów, między  innymi rzeźbiarskich. Muszę też odnotować zamianę pospolitego budynku gospodarczego w Nowy Dom Sztuki, obiekt o bardzo ciekawej architekturze, a dla mnie tym jeszcze szczególny, że jego projektantem jest mój siostrzeniec, Bartłomiej Martens.

Samymi Radziejowicami zaś dzieli się Pan z międzynarodowym środowiskiem konserwatorskim…

O tak. Wykorzystywałem to miejsce do organizacji rozmaitych spotkań. Przez lata działałem, zresztą to nie jest czas przeszły dokonany, bo w mniejszym stopniu nadal jestem czynny w tym środowisku, w Międzynarodowej Radzie Ochrony Zabytków. Począwszy od 2003 roku przez lata organizowałem konferencje PROREVITA, czyli „dla rewitalizacji”. Jest to program, który stworzyłem będąc dyrektorem  Instytutu Architektury i Urbanistyki Politechniki Łódzkiej. Konferencje kończyły się przyjęciem i ogniskiem w Radziejowicach, bardzo dobrze przyjmowanymi zwłaszcza przez moich zagranicznych kolegów. Ale także tutaj, poza tą, powiedzmy, nieoficjalną częścią, odbywały się bardzo ważne rozmowy. To właśnie w Radziejowicach przygotowywaliśmy końcowe deklaracje konferencji, dotyczące zasad rewitalizacji obiektów i zespołów zabytkowych w skali europejskiej. Te doniosłe teksty spisane tutaj, śmiało można nazywać Deklaracjami Radziejowickimi.

Tak jak przełomowa dla ochrony zabytków rekomendacja Światowej Konferencji UNESCO, która zyskała nazwę Rekomendacji Warszawskiej.

Tu dotknął pan bardzo ważnego wydarzenia z mojego życia zawodowego. Polsce powierzono w 1976 roku  organizację Konferencji, której przedmiotem było sformułowanie wspólnego stanowiska na temat ochrony zespołów zabytkowych i ich roli w życiu współczesnym. W imieniu Ministerstwa Kultury odpowiadałem za organizację konferencji. Jako ciekawostkę powiem, że usiłowano mnie nakłonić, aby obrady odbywały się w Pałacu Kultury i Nauki, który przecież jeszcze niedługo wcześniej nosił imię Józefa Stalina. Stanowczo odmówiłem. Znaleźliśmy miejsce o wiele skromniejsze, ale na tyle nowoczesne, że wygodne: hotel Novotel. W przeddzień konferencji – zebranie u ministra, wybitni profesorowie – Jan Zachwatowicz, Wacław Ostrowski, Zygmunt Skibniewski, Stanisław Lorentz – stwierdzili, że nie są w stanie poprowadzić tej konferencji. Desygnowali mnie, jako przewodniczącego delegacji polskiej, co automatycznie dawało mi funkcję przewodniczącego konferencji. Była to konferencja bardzo trudna, czterdzieści siedem krajów, siedemnaście organizacji międzynarodowych i bardzo rozbieżne interesy. Można by długo opowiadać o szczegółach, ale ograniczę się do jednej z kontrowersji, która dobrze charakteryzuje epokę. Otóż delegacje krajów afrykańskich zaproponowały, aby obok pojęcia zespołów zabytkowych, wprowadzić do Rekomendacji pojęcie zespołów tradycyjnych. Rekomendacja była niesłychanie ważna, rozstrzygała problem metod rewaloryzacji. Do dziś dnia spełnia istotną rolę.

Zaintrygowały mnie te głosy delegacji afrykańskich. Dlaczego przedstawicielom tamtego kontynentu zależało na takim ujęciu zagadnienia?

Żeby odpowiedzieć, przeskoczę jeden etap. Rok później, w 1977, na forum Komitetu Dziedzictwa Światowego UNESCO, gdzie miałem honor zostać wybranym wiceprzewodniczącym, dyskutowaliśmy jak ma wyglądać symbol dziedzictwa światowego. Został przedstawiony projekt: okrąg, w środku kwadrat. Kwadrat oznaczał kulturę, okrąg – naturę i zarazem gest ochrony. Na to przedstawiciel Nigerii, oznajmił: Bardzo przepraszam, dla mnie kultura to jest okrąg a nie kwadrat. Nasze wioski i chaty budowane są na rzucie okręgu.
Odpowiadam więc panu pośrednio. Chodzi o to, że Afryka wprawdzie coraz bardziej zbliża się do nas pod względem metod konserwatorskich, ale wciąż jeszcze jest bardzo daleko. I te afrykańskie zespoły, które mają układ tradycyjny nie są wpisane do rejestru zabytków i nie mają zresztą legitymacji by być uznane za zabytki. Są tradycyjne i właśnie ich tradycyjność jest na tyle ważna, że powinny być chronione.

Czy chodzi o sytuację, gdy jakieś miejsce jest od wieków w podobny sposób zamieszkałe, ale same budowle nie są stare, choćby dlatego, że budulec jest nietrwały?

Tak. Również o to. Pełniejszą odpowiedź dały obrady Zgromadzenia Ogólnego ICOMOS[1], w Zimbabwe w 2003 roku. Podkreślano tam konieczność ochrony wartości niematerialnych. Stało się to również na skutek wypowiedzi przedstawicieli Afryki, którzy zdają sobie sprawę, że ich zabytki często nie są zabytkami według europejskich kryteriów. UNESCO wysyłało mnie do kilku krajów afrykańskich: do Angoli, Mozambiku, Senegalu i Algieru. Pojawiał się problem, któremu musiałem sprostać: rozmaity był tam bowiem stosunek do dziedzictwa kolonialnego. Musiałem przekonywać kolegów na przykład z Mozambiku, że miejscowe dziedzictwo portugalskie też zasługuje na ochronę. Czasem przychodziło mi uciekać się do forteli. Na przykład zwracałem uwagę gospodarzy na to, że budowle kolonialne już choćby przez to stanowią obiekt dziedzictwa kulturowego Mozambiku, że wzniesione zostały rękami tubylców.

Ta intrygująca opowieść w istocie miała być dygresją do pytania o to, które ważne decyzje dotyczące ochrony zabytków w skali europejskiej zapadły w Radziejowicach.

Podam jeden przykład. W 2006 roku zebraliśmy się tutaj w dość złożonym gronie. Byli przedstawiciele UNESCO i ICOMOSU, przedstawiciele Międzynarodowego Stowarzyszenia Urbanistów (i tu otwieram nawias, bo muszę dodać, moim konikiem od bardzo wielu lat są ścisłe związki pomiędzy ochroną dziedzictwa urbanistycznego a planowaniem przestrzennym), byli też przedstawiciele Europa Nostra oraz Polskiego Forum Rewitalizacji. I tu odegraliśmy pewną istotną rolę. Jednym z punktów naszej wspólnej deklaracji stał się apel skierowany do władz Unii Europejskiej o to, aby nie traktować po macoszemu mieszkalnych obiektów zabytkowych, co przez lata miało miejsce, gdy priorytet dawano obiektom postindustrialnym, postwojskowym, postkolejowym itd. Inną sprawą zawartą w Deklaracji Radziejowickiej było zasygnalizowanie potrzeby zniuansowania pojęcia zdegradowanych obszarów, słowem – zachęta, by zwracać uwagę na te obszary, które istotnie mają znaczenie zabytkowe. No i kolejna rzecz istotna; uwypuklenie różnic w zakresie potrzeb pomiędzy krajami starej Europy a krajami do niedawna tak zwanych demokracji ludowych, gdzie znacznie później zaczęła się troska o ochronę zabytkowych zespołów miejskich,a działania konserwatorskie przez dziesięciolecia miały charakter niemal wyłącznie punktowy, poza takimi wyjątkami jak Kraków, który moim staraniem został w 1978 roku wpisany na pierwszą Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Podsumowując: z Radziejowic zaapelowaliśmy by względy ekonomiczne i społeczne nie brały góry nad wartościami artystycznymi i historycznymi rewitalizowanych obszarów.

Panie Profesorze. Zakończyliśmy część chronologiczną naszej rozmowy. Od tej chwili będę pytał Pana już tylko o poglądy. Pierwsze pytanie, naiwne, ale chyba ważne. Do czego służy zabytek? Należy go ogrodzić kordonami, czy można w nim żyć życiem obecnych czasów, godząc ochronę historycznej substancji z wymogami funkcjonalności?

Oczywiście, że żyć! Jestem pełen uznania dla Włochów, którzy czasem nawet nadużywają zabytków dla codziennego życia. Przechowuję w archiwum zdjęcia bodajże z Genui, gdzie we wnętrzu z bezcennymi freskami mieści się pizzeria. Bywa to nawet może rażące…

Wejdę Panu Profesorowi w słowo. Widywałem na wybrzeżu Adriatyku rzymskie świątynie pośrodku których ktoś zaradny postawił sobie pewnie ze dwieście lat temu niewielki domek, a obecnie następne pokolenia suszą pranie, przywiązując sznury do kapiteli kolumn.

Ale nie o tych przykładach chcę mówić. Rok 1975 był, jak go nazwaliśmy w Polsce, Międzynarodowym Rokiem Ochrony Zabytków (w istocie był to Europejski Rok Dziedzictwa Architektonicznego). Wspominam o tym dlatego, że 1 stycznia 2018 roku rozpoczęliśmy właśnie rok analogiczny. Wtedy, w latach siedemdziesiątych odbyło się ważne spotkanie w Bolonii, które wprowadziło pojęcie konserwacji zintegrowanej. Chodziło o to, aby maksimum obiektów zabytkowych wykorzystywać dla potrzeb dnia dzisiejszego, co ma również znaczenie, jako czynnik sprzyjający ograniczaniu rozrostu miasta. Jeżeli wykorzystujemy zabytkową substancję, możemy pozostawić otoczenia miast w użytkowaniu rolnym. Bolonia była swego rodzaju eksperymentem, w którym tę zasadę zastosowano. Jako ciekawostkę dodam, że kryły się też za tym pewne motywy o charakterze politycznym. Otóż, rządzącym wówczas tym miastem samorządom komunistycznym bardzo zależało na tym, aby pozostawić swój elektorat w dotychczasowym składzie i na miejscu. Ale sama idea jest trafna, bo przecież chodzi na przykład o to, aby wraz z zamknięciem sklepów nie zamierało życie w śródmiejskich dzielnicach zabytkowych miast, by łączyłono funkcje handlowe, turystyczne i mieszkaniowe. W maltańskiej La Valetcie, gdzie byłem konsultantem UNESCO, na przykład piętra kamienic były przeznaczane wyłącznie na magazyny sklepów.

Przywracanie zabytkowym centrom funkcji mieszkalnej bywa problematyczne. Proszę zwrócić uwagę, że ze wspaniałej, dzięki Pana staraniom wpisanej na Listę UNESCO, warszawskiej Starówki stali mieszkańcy uciekają. Hałas powodowany przez turystów o każdej porze dnia i nocy nie daje żyć. Nie mówiąc już o takich miejscowościach jak Wenecja, skądinąd przepiękne miasto, w którym z milionami turystów pozostali już tylko najwytrwalsi lokalni patrioci.

Jest to dylemat. Niedawno z kimś rozmawiałem o Krakowie, gdzie wokół Rynku też już mało kto mieszka. W wielu dokumentach, które redagowałem i które mam zamiar nadal redagować wspominam o podobnych problemach. Sprawa jest niesłychanie złożona; Lista Światowego Dziedzictwa UNESCO służy na przykład japońskim turystom za przewodnik. Jeżdżą po kolei do wpisanych tam miejsc. To nakręca koniunkturę.  Częściowym rozwiązaniem może być następująca propozycja. W ramach działań bieżącego Europejskiego Roku Ochrony Dziedzictwa Architektonicznego chcę odnowić moją już dość dawną ideę stworzenia listy miast dziedzictwa europejskiego. Jest wiele miast, które nie mogą spełniać kryteriów dziedzictwa światowego,ale dla Europy mają wielkie znaczenie. Myślę, że powstanie takiej listy stałoby się dopingiem do prowadzenia rewitalizacji tych miast, a w efekcie nieco bardziej równomiernie rozłożyło napływ turystów, odciążając miasta z listy dziedzictwa światowego.
Wracając do pana pytania o pogodzenie wartości zabytkowej z wymogami funkcjonalności, chcę podkreślić, że w moim przekonaniu konserwacja zabytku ma być impulsem do jego nowego życia, czasem nawet kosztem pewnej transformacji, która może nie zawsze zgodna jest z konserwatorską ortodoksją. Mam na myśli na przykład podjazdy dla niepełnosprawnych, które przecież poważnie ingerują w w zabytkową substancję, ale są nieodzowne by zabytek nadal żył.  Zresztą, rozmawiając tu, w radziejowickim Pałacu, doprawdy nie musimy daleko szukać przykładów zabytku doskonale wpisującego się we współczesną funkcję. Gdy Jacek Cydzik, z którym współdziałałem, pracował nad rewaloryzacją Pałacu, rzeczą oczywistą było to, że musi się tu znaleźć dźwig osobowy, ale nastąpiło to dopiero rok temu. Jeśli obiekt zabytkowy ma nadal funkcjonować, trzeba godzić się na jego przemiany a nawet konieczne deformacje, zgodne z nowymi potrzebami. Tylko ktoś nieroztropny mógłby to krytykować. Zresztą moje badania naukowe rozpocząłem od kwestii architektury funkcjonalnej, i jestem w pełni otwarty na takie podejście do zabytku, które daje prymat funkcjonalności, choć oczywiście trzeba minimalizować negatywny wpływ dostosowania zabytku do obecnych potrzeb na pierwotny kształt obiektu.

Obawiam się, że te nienowe już przecież postulaty Pana Profesora i światłych konserwatorów, ciągle jeszcze dla większości środowiska konserwatorskiego w Polsce brzmią jak herezja. Ambicją władz konserwatorskich jest często spowodowanie, aby obiekt stał się tak zwaną trwałą ruiną nie zaś miejscem do życia.

Nigdy żaden konserwator nie był karany za to, że coś wpisał do rejestru zabytków i bronił kształtu obiektu jak niepodległości. Natomiast w sytuacji, gdy pozwolił na ingerencję w formę, może narażać się na zarzut o zmowę z inwestorem. Ta obrona ponad miarę, często była społecznie akceptowana. Trzeba też powiedzieć, że od konserwatora wymaga się niesłychanych umiejętności. Jest to bardzo trudny zawód, nasz sposób kształcenia nie zawsze odpowiada na wyzwania. Bliski mi był toruński ośrodek konserwatorski, i to nie tylko dlatego, że w Toruniu historię sztuki wykładała moja matka. Obecnie rejestruję, powiedziałbym już, nie tyle istnienie różnych szkół konserwatorskich, co brak szkoły konserwatorskiej. Ale w tym pesymizmie chcę podkreślić, że nie jest to problem tylko polski.

Pasją Pana Profesora są miasta. Z niej zrodziło się ważne odkrycie. Mam na myśli francuskie cyrkulady.

Pracując przez lata we Francji prowadziłem badania, w wyniku których wykazałem, że najstarsze francuskie miasta na terenie Langwedocji zostały wzniesione na planie okręgu, a nie – jak powszechnie uważano – prostokąta. Cyrkulady zakładano około roku tysięcznego. Pierwotnie miały charakter obronny, stąd brak placu handlowego. Pośrodku stał zamek, zazwyczaj na kopcu, miasto zaś otaczało go kolejnymi kręgami zabudowy. Cały układ parcelacyjny był oparty na planie okręgu. Większość cyrkulad pozbawiona była ochrony konserwatorskiej. Z mojej inicjatywy powstało stowarzyszenie zrzeszające pięćdziesiąt miejscowości, podjęto lokalne i ponadlokalne starania o ich ochronę. Stają się atrakcją turystyczną opisywaną w przewodnikach.

Inny, bardzo ważny, obszar Pana badań to miasto nie tyle nawet współczesne, co futurystyczne. Dzieło francuskiego urbanisty i architekta Tonyego Garniera…

W 1958 roku dostałem stypendium rządu francuskiego. Pracowałem już od dwóch lat w Polskiej Akademii Nauk. Mój szef, profesor Ostrowski, powiedział mi tak: Krzysiu, niech pan szuka w tej Francji początków nowoczesnej urbanistyki. Zorientowałem się, że należy ich szukać w wieku XVIII; mój doktorat był poświęcony francuskiej myśli urbanistycznej epoki Oświecenia. Ale wtedy też zainteresowałem się Tony Garnierem. W 1965 ponownie dostałem francuskie stypendium i zająłem się badaniem jego twórczości. Garnier urodził się w 1869 roku w Lyonie. W trakcie studiów uzyskał najwyższe wyróżnienie Académie des Beaux-Arts, Grand Prix de Rome. Wyjechał do Rzymu. I tam, zamiast pracować nad rekonstrukcją zabytków stworzył projekt nowego miasta przemysłowego. Projekt był rewolucyjny, zakładał oddzielenie części mieszkalnej miasta wraz z częścią usługową i administracyjną od części przemysłowej, miasto miało charakter pasmowy, zredukowany został detal architektoniczny, zaplanowane zastosowanie żelbetu.

Oglądając projekty Garniera z Pana archiwum aż trudno uwierzyć, że te rysunki powstawały w 1901 roku. Widzimy późnomodernistyczne miasto!

Garnier odrzucił ideę ulicy, wprowadził całkiem inne od ówczesnych formy architektoniczne, płaskie dachy, powtarzalność budynków.

Ursynów?

Nie. Zresztą później Garnierowi udało się w latach dwudziestych i trzydziestych zrealizować inny projekt, Dzielnicę Stanów Zjednoczonych w Lyonie. Widać więc, że to całkiem co innego niż Ursynów. Powierzono mi koordynację rewaloryzacji tego zespołu. Prowadziłem tam badania…

Jak tam się żyje?

Z ankiet, które tam przeprowadziłem, wynika, że po dziś dzień świetnie. Idea Garniera, funkcjonalisty, otwarta była na unowocześnienia, stąd też prowadząc pracę rewaloryzacyjne założyłem, że Garnier nie miałby nic przeciwko na przykład temu, żeby w domach mieszkalnych stworzyć windy, których nie było w pierwotnym projekcie. Gdy mieszkańcy zyskali świadomość dotyczącą roli Garniera, do wygody wynikającej ze świetnego projektu doszła i duma ze swojej dzielnicy. Dzielnica otrzymała nagrodę UNESCO za wzorową partycypację społeczną i nazwę – Cité Tony Garnier.
Wracając do tamtego pierwszego projektu; miasta przemysłowego. Był on całkowicie rozbieżny z ówczesną koncepcją miasta i został oczywiście odrzucony przez Akademię, w ramach rozliczenia stypendium polecono Garnierowi zająć się konserwatorskim badaniem miasta Tusculum pod Rzymem. Niektórzy w wynikach jego prac znajdują ślady projektu miasta przemysłowego. W 1905 roku Garniera odwiedził Le Corbusier, dla którego myśl lyończyka stała się ważną inspiracją.

Pan Profesor spędzając wiele czasu w Radziejowicach ma na wyciągnięcie ręki inne miasto, które w całości powstało na desce kreślarskiej…

Do Żyrardowa wożę wszystkich moich zagranicznych gości. Wspominaliśmy już, że w Radziejowicach kończyłem moje konferencje PROREVITA, ale zawsze wcześniej pokazywałem kolegom Żyrardów. Już w roku 1970 podczas konferencji w Poznaniu, poświęconej ochronie architektury i urbanistyki czasów najnowszych, co wtedy obejmowało również budowle z połowy wieku XIX, mówiłem o Żyrardowie, jako o unikalnym zespole. W swoim czasie broniłem Żyrardów przed wprowadzeniem na jego obszar zabudowy blokowej. Byłem o krok od wpisania Żyrardowa na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, w czym przeszkodziła pewna rezerwa miejscowych władz. Z Żyrardowem jest pewien problem Najciekawsze, niespotykane gdzie indziej, są tam robotnicze budynki mieszkalne z ogródkami i słynnymi komórkami. Są to obiekty, z natury rzeczy, przeznaczone dla osób niezamożnych, tym trudniejsze do zrewaloryzowania, jeśli chcemy zachować ich autentyczność. Bo przecież rzeczą zupełnie niedopuszczalną byłaby pełna wymiana obecnych mieszkańców. Przede wszystkim z przyczyn społecznych, ale i konserwatorsko byłoby to błędem; cała finezja tego zespołu polega na jego autentyzmie. Duże nadzieje dają plany pobliskich inwestycji, parku wodnego, lotniska, a więc napływu dużych pieniędzy. Dobrym znakiem jest też uchwalenie Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków, gdyż  bez interwencji państwowej zamierzenie tak wielkie, jak rewitalizacja całego miasta udać się nie może.

Czego życzmy Żyrardowowi i jego mieszkańcom. Dziękuję za rozmowę!

 

Gabriel Michalik
Radziejowice, Styczeń 2018

 

[1]    International Council on Monuments and Sites (ICOMOS) utworzono w Warszawie w 1965, siedzibą zarządu jest Paryż. W skład organizacji wchodzą eksperci z zakresu ochrony zabytków. ICOMOS doradza UNESCO m.in. w sprawie wpisu obiektów na Listę Światowego Dziedzictwa. Polskie brzmienie nazwy organizacji to Międzynarodowa Rada Ochrony Zabytków.

 

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress