Maksymilian Biskupski

Maksymilian Biskupski, ur. 1958, rzeźbiarz, malarz, poeta, autor kilkudziesięciu rzeźb pomnikowych usytuowanych przede wszystkim na terenie Polski, Niemiec i Szwajcarii; w tym m.in. pomnika Ignacego Jana Paderewskiego w Pałacu Narodów, siedzibie ONZ w Genewie. W najbliższym sąsiedztwie Pałacu znajduje się wykonane przez artystę popiersie hrabiego Edwarda Krasińskiego, w Żyrardowie – pomnik upamiętniający strajk prządek z 1883 roku, w Lipcach Reymontowskich – popiersie Władysława Reymonta. Krajobraz Warszawy współtworzy m.in. Pomnik Poległym i Pomordowanym  na Wchodzie, Pomnik Ewakuacji Bojowników Getta Warszawskiego i Pomnik Marii Skłodowskiej-Curie na Politechnice. Wśród najważniejszych realizacji Maksymiliana Biskupskiego należy wymienić także następujące pomniki i zespoły pomników: Chrystus Katyński (praca prezentowana w Katedrze Polowej Wojska Polskiego w Warszawie, obecnie w posiadaniu artysty); Krzyż Pojednania w Dukli i Kaplica Pojednania w Washington, New Jersey, USA; Chrystus Wszystkich ofiar, Seligenstadt, Niemcy; Chrystus Polski, kaplica ekumeniczna w Mainhausen, Niemcy; Brama Holocaustu w Neu-Isenburg, Niemcy, pomnik Jana Pawła II w Wadowicach oraz Pomnik Ewakuacji Bojowników Getta Warszawskiego. Artysta był wielokrotnie nagradzany przez państwowe, świeckie i kościelne instytucje. Niemal każda jego praca wywołuje szeroki rezonans, dając asumpt do dyskusji wykraczającej poza ramy estetyki czy krytyki sztuki.

 

Odnajdywanie Boga Ukrytego

 

Czym są dla pana Radziejowice?

Może zacznijmy od mojego rozczarowania kuratorami sztuki. Wie pan, kim powinien być kurator sztuki? Otóż, powinien być człowiekiem, który dzwoni do artysty i mówi: słuchaj – modlę się o ciebie, żebyś nie popadł w rutynę. Twoje prace idą, ale nie chcę ci mówić, że to jest sprzedawalne, bo popadniesz w rutynę i będziesz robił tylko to, co się sprzedaje.
Kurator to jest przyjaciel, okno na świat; uczciwy człowiek, stwarzający artyście atmosferę, w której ten będzie oddychał pełną piersią. Niestety, coraz częściej, zamiast tego szlachetnego mecenasa, w osobie kuratora spotykamy kogoś na kształt oszusta i lichwiarza. Zaprzeczeniem tego negatywnego obrazu jest pan Bogumił Mrówczyński, który nie ingeruje, ale inicjuje. Promuje, stwarza miejsce do kontaktu z drugim człowiekiem.
Od lat trwa mój dialog z pałacem. Na zrębach dialogu powstała moja galeria, na tych zrębach oparł się projekt stworzenia Ligi Krzyża Pojednania. Gdy przyjeżdżali do Polski moi przyjaciele, senatorowie z Niemiec i z Polski, Pałac udzielał nam rodzinnej atmosfery.

Proszę opowiedzieć o Krzyżu Pojednania.

To moja idea budowy krzyży wyrażających pragnienie pokoju przez zwaśnione niegdyś narody. Inskrypcja głosi: Przed Bogiem i dla przyszłych pokoleń przyrzekamy pokój siostrom i braciom naszym. Przyrzekamy trwać w miłości, przebaczeniu i pojednaniu, abyśmy każde pojednanie mogli chronić dla życia godnego człowieka.
W kamienie węgielne kaplic Krzyży Pojednania będą wmurowane zmieszane prochy pomordowanych. Przekazano mi prochy z Charkowa i Miednoje oraz prochy z Łubianki. Akt zmieszania tych prochów stanowił wyraz idei pojednania.
Krzyże mają stanąć w dwunastu miejscach na całym świecie. Już w tej chwili Amerykanie ofiarowali mi na ten cel pół hektara gruntu. Ideę popierają rozmaite organizacje i postaci. W Polsce zyskałem życzliwość między innymi świętej pamięci Władysława Bartoszewskiego. Uczestników Ligi witał w Radziejowicach Minister Spraw Zagranicznych, ale rzecz miała charakter pozaurzędowy.

Radziejowice to nie tylko gościnny dom dla pana inicjatyw. Na stałe zamieszkało tu pana popiersie niegdysiejszego gospodarza pałacu, hrabiego Edwarda Krasińskiego.

Tak, to wszystko trwa i ma ciąg dalszy. W najbliższym czasie trafi do Radziejowic wykonana przeze mnie głowa Władysława Reymonta. Właśnie zleciłem jej odlew. Radziejowice, a osobiście pan dyrektor Mrówczyński, przyczyniły się do wykonania przeze mnie trzech popiersi, które stoją w Teatrze Polskim, a zatem popiersie – Edwarda Krasińskiego, Kazimierza Dejmka i Arnolda Szyfmana. Dialog z Pałacem zaowocował też tym, że Muzeum w Opinogórze zamówiło u mnie popiersie Edwarda Krasińskiego, a w Bazylice Świętego Krzyża w Warszawie zawisło wykonane przeze mnie epitafium Zygmunta Krasińskiego.

Ma pan jakichś swoich ulubionych bywalców Pałacu?

Nie prowadzę tu życia towarzyskiego, chociaż na przykład bardzo miło wspominam każdą rozmowę z Bohdanem Łazuką; to człowiek wysokiej kultury, wielkiej wrażliwości.

A pana koledzy rzeźbiarze?

Jest taka anegdota: krytyk sztuki prosi rzeźbiarza: Niech pan powie, kto jest najlepszym rzeźbiarzem w Polsce.
Rzeźbiarz odpowiada. – Jest nas kilku. (śmiech)
Tak więc raczej nie rozmawiamy. A właściwie rozmawiamy, ale poprzez swoje prace.
Miałem kiedyś taki ważny dialog z profesorem Gustawem Zemłą. Przed laty, w Akademii, przez rok był moim profesorem. Pan profesor zapytał mnie, dlaczego mój Chrystus nie ma krzyża. Dodał Niech mi te oczy niebieskie powiedzą prawdę!
Odrzekłem: – Panie profesorze, my jesteśmy krzyżem.
I odpowiedzią pana profesora stał się jego Chrystus w Mistrzejowicach, który wisi w przestrzeni.
To do nas Chrystus jest przybijany, my go przybijamy! My go krzyżujemy, i stajemy się krzyżem. Jest krzyż jako narzędzie zbrodni, obiekt tortury, i jest skazany. Lecz kto go ukrzyżuje? Sam się przecież nie przybije. Jesteśmy krzyżem Boga i jesteśmy własnym swoim krzyżem: niesiemy swoje grzechy, przewiny i pytania, na które nie chcemy szukać odpowiedzi.

Ale krzyż to też miejsce spotkania cierpienia Boga z cierpieniem człowieka.

Krzyż ma ogromnie dużo znaczeń. To zbiorowy archetyp. Krzyż to przecież też litera taw, ostatnia litera alfabetu hebrajskiego, którą w Starym Testamencie anioł każe znaczyć krwią baranka odrzwia, by śmierć nie miała dostępu do tych, którzy tam mieszkają. W ten sposób krzyż staje się symbolem Żydów; a z kolei gwiazda Dawida mogłaby być symbolem chrześcijaństwa, jako że Jezus Chrystus był ostatnim z Domu Dawida…

To teraz spróbujmy chronologicznie opowiedzieć o dziejach pana życia…

Ja jestem od burzenia wszelkiej chronologii.

Zacznijmy od domu rodzinnego

Od dziecka przychodziły do mnie natarczywe, nachalne wizje: tłumy nagich ciał wychodzące z kompletnie spalonego, zniszczonego miasta. Powstawały w wyniku tych wizji obsesyjne rysunki, nieudolne jeszcze. Miałem może dziewięć lat i nie rysowałem w szkole jesiennych liści, tylko te tłumy. A to, co należy powiedzieć o moim domu rodzinnym: rodzice byli na tyle delikatni, że nie zaprowadzili mnie z tymi wizjami do psychiatry. Należeli do pokolenia wojennego.

Getto, Powstanie Warszawskie. To były te tłumy?

Wiedziałem o tych zdarzeniach, ale moje wizje nie były wprost powiązane z pamięcią wojenną rodziców. Może już raczej z datą urodzenia? Przyszedłem bowiem na świat 1 września. Swoją drogą, nigdy nie miałem takich urodzin, jak sobie człowiek życzy, bo zawsze towarzyszyły im obchody napaści Niemiec na Polskę.
Jeśli opowiadać chronologicznie, to potem była warszawska Akademia Sztuk Pięknych. Rzeźbiłem po nocach. Załatwiałem sobie z nocnymi stróżami, żebym mógł pracować po nocach. Gdy rano profesorowie wchodzili do pracowni, zastanawiali się: kto mu to rzeźbi?, bo za dnia nie było widać, żebym cokolwiek robił. Całe dnie spędzałem na rozmowach z kolegami i koleżankami. Dla mnie najważniejszy jest człowiek. W tej bezpośredniej komunikacji z moimi rówieśnikami i trochę starszymi kolegami mnie interesował zawsze kontakt. Nie konkurencja, ale właśnie kontakt.

Tuż przed stanem wojennym, na Akademii wisiały pana wiersze…

Jeden z nich, profesor Norman Davies umieścił w Sercu Europy obok wierszy Miłosza, Norwida, Mickiewicza. Davies ilustruje fragmentem jednego z tych wierszy atmosferę tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego.

Zacytujmy.

Polonia Resurecta.
Mój kraju, radosnych przedwiośni i smutnych wiosen,
Mój kraju siwych brzóz,
Odlatujących ludzi o gołębich sercach
Coraz mniej oczu zapatrzonych w przeszłości cmentarze,
I coraz mniej pokrytych bliznami odwagi twarzy.
Mój kraju, Wisły płynącej powoli,
Mój kraju…
Gdzie każda bruzda twej ziemi jak otwarta rana boli,
Rozorana pamięcią dawnych krzywd obrazem,
Gdzie prochy ludzkich kości ziemią się stały
A potem murem z kłosów pszenicy, z grobów powstały.
Mój kraju dzwonów kościelnych śpiewem płaczący
Procesji tłumów w milczeniu kroczących
Zaśpiewaj szumem skrzydeł ptaków przebudzonych
Ze snu pięknego, ze snu zgubnego.
Mój kraju cierpliwie hańby znoszący,
Domów przodków zbeszczeszczonych czasu zapomnieniem,
Za grzechy narodu swego skazany,
Z martwych powstaniesz wpierw ukrzyżowany.
Kraju mój…
Pamiętam zresztą profesora Daviesa krążącego w okolicach Akademii w charakterystycznym angielskim płaszczu. Byłem przewodniczącym rady studenckiej na wydziale rzeźby, potem wiceprzewodniczącym strajku. W stanie wojennym właściwie skazano mnie na wyrzucenie z Akademii.

Ale dokończył pan studia.

Obronili mnie profesorowie. Wszyscy, również ci partyjni. Świętej pamięci rektor Juliusz Bursze, profesor Gustaw Zemła, mój promotor profesor Stanisław Słonina. Byłem krnąbrny, występowałem w obronie kolegów i koleżanek. A potem zostawałem sam, inni byli – bo ja wiem – na tyle zastraszeni, że nie chcieli walczyć o swoje. Pozwolono mi na indywidualny tok studiów, dzięki czemu mogłem podjąć bardzo szczególny temat pracy magisterskiej, zupełnie poza ówczesną cenzurą.

Praca nosiła tytuł Chrystus Katyński, czyli w poszukiwaniu uśmiechu Giocondy. Co to znaczy?

To była praca teoretyczna w połączeniu z rzeźbą Chrystusa Katyńskiego, którą przez całe życie buduję.

A uśmiech Giocondy?

Stanowi wyraz pytania, czy mamy zajmować się kontynuowaniem sztuki nowożytnej, reprezentowanej przez ruch artystów włoskich, na czele z Leonardo; ten ruch, który powstał, gdy budził się duch sztuki wyzwolonej, czy zatem szukać i błądzić, a może – inaczej… Może obowiązkiem chwilowej odpowiedzi każdego urodzonego tutaj, między Bugiem a Odrą, jest zejście do piekieł naszej martyrologii i wywiedzenie stamtąd wątku na tyle żywotnego, by dał nam siłę; nie – pogrążał w bólu i cierpieniu, ale dawał nadzieję na lepszy świat, na lepszą Polska, na lepszą polską rodzinę w sensie ludzi zespolonych doświadczeniem polskiej kultury.

Czy ta postulowana sztuka powinna mieć charakter sakralny?

Renesans zaczął konkurować z Bogiem. Nie negował istnienia Boga. Stąd pojawia się w Sądzie Ostatecznym Michała Anioła nagi Chrystus, jako naga prawda.

Pytam o sakralny charakter sztuki w kontekście rozmowy, jaką niedawno odbyłem z wybitnym rosyjskim malarzem i teoretykiem sztuki Maksimem Kantorem. Otóż Kantor twierdzi, że sztuka może być sakralna albo dekoracyjna, tertium non datur.

O ile sztuka jest świadoma współtworzenia z Absolutem, nie – negowania Absolutu, to stanowi misterium poszukiwania Boga Ukrytego, jest więc sakralna. Tak zwana sztuka dekoracyjna to rzemiosło, zaś sztuka jako taka stanowi wyraz współpracy z Absolutem, za wyłączeniem tych przypadków, gdy neguje Boga. Człowiek, czyli świadome swego namaszczenia, obdarzone wolną wolą, ukochane dziecko Boga, powołany jest do współpracy z Absolutem. Bóg cieszy się, że przestał być Bogiem Samotnym i cieszy się, że może ze swoimi córkami i synami ulepszać dzieło stworzenia. Nie jest zazdrosny, o co podejrzewa go niewykształcony umysł wielu kontestatorów.
Chrystus Katyński to była moja osobista decyzja duszy i ciała. Żyłem tym tematem od dzieciństwa. I tu znowu możemy coś powiedzieć o moim domu rodzinnym: miałem rodziców i dziadków wielkich patriotów. Moja rodzina ukrywała Żydów, jeden dziadek był Żydem, zginał w Auschwitz; drugi dziadek był w Dachau, być może zresztą w tym czasie, gdy w obozie przebywał hrabia Edward Krasiński. Jednego z wujków rozszarpały psy Gestapo, inny wujek walczył w Obronie Helu, a dwóch wujków walczyło na Monte Casino. Miałem więc historyczne, rodzinne związki z jednym opisem zła, z martyrium zachodnim. Poszukiwałem natomiast oblicza martyrium wschodniego. Chciałem dojść do tej prawdy i prawdę symbolu Katynia zanotować.

Pana zdaniem sztuka powinna udzielać odpowiedzi na pytania o charakterze metafizycznym?

Tak. Na przykład odpowiedzi na pytanie, gdzie był Bóg, kiedy działo się to wszystko.

Malewicz wiesza czarny kwadrat tam, gdzie miała wisieć ikona.

Dużo mówi o tym Bierdiajew. Bójmy się czasu bez Boga, bo nadchodzi.

A skąd artysta ma znać odpowiedzi na te metafizyczne pytania?

Odpowiedzi tkwią w nim. Jest tyle teorii filozoficznych, ilu ludzi. Te teorie, które ujrzały światło dzienne są zazwyczaj zbiorem odpowiedzi wielu ludzi; stanowią wynik dialogu, wyraz mód i prądów, czyli wzajemnego wzmacniania się teorii. To jest właśnie budowanie określonej formy kultury tu i teraz.

Czy warsztat artysty to narzędzie do odkrywania tych tkwiących w nim odpowiedzi?

Tak. Warunek jest taki, że trzeba być prawdziwym. Proces tworzenia może przybrać trzy formy. Pierwsza z nich to ból, cierpienie, przeżywanie bólu; w człowieku otwartym na świat otwiera się rana. Świat bowiem nie jest dobry, a mógłby przecież być, jeśli nie – dobry to chociaż lepszy, i już można by było powiedzieć, że jest dobry; świat staje się coraz coraz gorszy przez nasz grzech zaniechania, przez zaniechanie budowania lepszego świata. W człowieku obdarzonym nadwrażliwością ta rana staje się coraz większa pod wpływem kolejnych doświadczeń ze złym światem. W końcu człowiek sam staje się tą raną. I przez ranę wnikają weń światy z zewnątrz. Artyści stają się punktami przelotowymi pomiędzy przestrzeniami. W skrajnych przypadkach, gdy światy zewnętrzne wnikają w człowieka w sposób niekontrolowany, człowiek taki przestaje żyć biologicznie. To przypadek artysty tragicznego. Druga droga tworzenia; bywa, że rana się otwiera a potem bezpowrotnie zabliźnia. W tym momencie artysta przestaje być twórczy; powiela siebie; próbuje coś rozdrapywać, skupia się więc na sobie, stara się więcej brać niż dawać, a fenomen dobra przecież w tym się zawiera, że tylko dawanie może wracać do człowieka w formie energii. Nic więc dla takiego artysty z tego procesu nie wynika, człowiek traci uczciwość, zżera go coś na kształt nowotworu. A trzecia forma, ta jedyna żywotna, to proces pełnej współpracy z Absolutem. Trzeba modlić się, aby być narzędziem współtworzącym. Jest to rodzaj świętości, o którym mówił Jan Paweł II, przypominając nam, że jesteśmy przeznaczeni do świętości. Mogę to nazwać stygmatyzacją. W życiu każdego człowieka dokonuje się bowiem taki moment, który stygmatyzuje; naznacza bólem, przeżyciem, objawieniem; rodzaj oświecenia.

Wracając do chronologicznego opowiadania pana losów. Mniej więcej w tym czasie, czyli w tle rozważań postawy artysty wobec martyrium, przeżył pan dramatyczne chwile w areszcie.

Zgarnięto mnie w grudniu 1983 podczas manifestacji na terenie Akademii. Kilkadziesiąt osób, nie tylko studenci, także robotnicy. W izbie zatrzymań strasznie zimno, ale też jakoś raźnie, bo tylu nas tam razem. Aż w pewnej chwili zdarzyło się coś, co sprawiło, że atmosfera zupełnie się zmieniła.  Jeden z aresztowanych, robotnik, stoczniowiec, który przyjechał z Wybrzeża na manifestację, poprosił o pozwolenie pójścia do toalety. Wypuścili go. Mija kilkanaście minut, wloką go z powrotem. Chłopak jest skatowany, ma konwulsje, wije się z bólu. Skończyły się żarty. Widziałem jak inny z nas, starszy pan, przypomniał sobie przesłuchanie na Pawiaku. Wieźli nas windą, i ten pan położył ręce na głowie, jak wtedy, gdy go prowadziło Gestapo. Wypuszczono nas dzięki interwencji Komitetu Prymasowskiego. Moje relacje z aresztu odczytywali aktorzy podczas mszy za Ojczyznę w kościele świętego Stanisława Kostki. W tamtych czasach zetknąłem się też z księdzem Jerzym Popiełuszko. Ważne dla mnie są te chwile ocierania się o ludzi świętych. Kolejnym z nich, później, w Niemczech, był ksiądz Franciszek Blachnicki, charyzmatyczna, wielka postać; zamordowany, prawdopodobnie otruty, twórca Ruchu Światło-Życie, obecnie kandydat na ołtarze.

Niedługo później pan wyemigrował.

Ale wcześniej jeszcze, kiedy już stwierdziłem, że nie sposób działać jako wolny artysta, zacząłem pracę w Państwowym Zespole Ognisk Wychowawczych imienia Dziadka Lisieckiego. Interesowałem się pedagogiką specjalną; postanowiłem więc zająć się terapią poprzez sztukę. Dostałem pod opiekę dwudziestu jeden chłopaków i jedną dziewczyną – dzieci specjalnej troski, z rodzin patologicznych. Najstarszy chłopak był niedoszłym mordercą. Pracowałem na trzy etaty. Mieliśmy wystawy ich prac, i moich prac, wspólne. Kiedy mnie stamtąd w końcu wyrzucano, dzieciaki dały mi laurkę Wujkowi Fido, który jest taką sama czarną owcą, jak my. Dzieciaki nazywały mnie Fido, bo przypominałem im Fidela Castro. I wtedy, po odejściu z pracy z dziećmi poczułem się emigrantem wewnętrznym, skoro nie mogłem się już wypowiedzieć ani na rzecz tych dzieci, ani razem z dziećmi. Wówczas przyszła myśli, że emigracja tylko wewnętrzna jest bez sensu; niech to będzie adekwatne, niech będę rzeczywistym emigrantem. I pojawiło się pytanie – dokąd mam emigrować. Odpowiedzi udzieliła mi moja data urodzenia. Wyjechałem do Niemiec. Do kraju wroga, gdzie mówiono po niemiecku, który to język od dziecka budził we mnie agresję. A po latach wszystko się tak zmieniło, że gdy wracałem do Niemiec, przekraczałem granicę, i słyszałem ten niegdyś znienawidzony język, to mi się pojawiały łzy w oczach. Bo wiedziałem, że zaraz będę słyszał tę moją niemiecką przybraną rodzinę.

Poczuł się pan tam u siebie?

Ja już nigdzie nie jestem u siebie. Teraz wróciłem niby z emigracji, ale przecież wcale nie wróciłem. Nie ma tej Polski, z której wyjeżdżałem. A w Niemczech nigdy nie wyrzekałem się moich korzeni kulturowych. Moi niemieccy przyjaciele znali mnie jako tego, kto będzie zawsze walczył o polskość, kto głosi, że każdy Polak musi szanować swoją polskość w sobie; że jest nośnikiem tej kultury, i szczególnie tam, na ziemi niemieckiej jest obserwowany. Mam swoją teorię, że my, Polacy i Niemcy jesteśmy jedną rodziną. Tworzymy rodzinę. Ich królowie i książęta żenili się z naszymi księżniczkami. I wiele od nich możemy się nauczyć, a oni od nas. Pytanie – kto bardziej. I z tej bliskości bierze się rodzinna nienawiść.

W Niemczech powstała m.in. pańska rzeźba obnażonego Chrystusa, która budziła ogromne kontrowersje.

Miałem spotkanie z prasą. Mówi jeden krytyk sztuki: Jaka jest pana seksualność skoro pan pokazuje nagiego Chrystusa? Spytałem tego pana, czy uważa, że rzeźba powstała w ten sposób, że ja to sobie wymyśliłem, zrobiłem, odlałem za swoje pieniądze, znalazłem miejsce pod kościołem i postawiłem, bo mi się tak podobało. A przecież tę rzeźbę robiłem za zgodą miasta, za zgodą rady parafialnej i za zgodą Episkopatu Niemiec w osobie kardynała Karla Lehmanna, przewodniczącego Konferencji Episkopatu Niemiec. Tak że ten mój rzekomy wymysł, to moje obrazoburstwo, nie było samotne. Tłumaczyłem krytykom sztuki, że nagi Chrystus to nie jest obrażanie Boga Człowieka. Przywoływałem znane zdjęcie z Auschwitz, gdzie na stosie zmarzniętych nagich zwłok leżą nagie zwłoki Żyda. Powtarzałem, że żadna wojna nie jest wojną sprawiedliwą. Sprawiedliwy jest tylko pokój. Profesor Marcin Kula, socjolog, napisał, że ten mój Chrystus jest dopełnieniem berlińskiego pomnika Holocaustu autorstwa Petera Eisenmana, co bardzo do mnie przemówiło, bo berliński pomnik to jest coś na kształt parku kontenerowego, kamienne, anonimowe nagrobki. Eisenman nie poszedł kawałek dalej. Nie dał odpowiedzi Żydom, którzy stracili wiarę w czasie Holocaustu. A obowiązkiem artysty jest próbować odpowiadać na takie pytania. Może błądzić, mylić się, ale próbować odpowiadać. Nie tylko dokumentować.

Znakiem pańskiego powrotu do Polski był warszawski Pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie.

Zaprosiłem przyjaciół Niemców na odsłonięcie tego wagonu. Płakali. Współprzeżywanie, symbioza. Ale to nie był powrót. Fizycznie, owszem, wróciłem do Polski, ale mentalnie nadal jestem na emigracji. Czuję się tu obco.

Lecz pomnik jest w Polsce. Pan kształtuje polską przestrzeń i polską świadomość.

I chciałbym nadal ją kształtować

Co pan teraz robi?

Zaprojektowałem obelisk upamiętniający ofiary katastrofy smoleńskiej. Pracuję nad projektem cyklu rzeźb do Japonii. To będzie park rzeźb chopinowskich. Staram się o realizację idei Krzyży Pojednania. W zeszłym roku prowadziłem w Niemczech miesięczne zajęcia terapii przez sztukę dla więźniów skazanych na wieloletnie wyroki za najcięższe przestępstwa, głównie zabójstwa. Początkowo personel więzienia chciał mi towarzyszyć, ale szybko zrozumiano, że radzę sobie z tymi ludźmi. Więźniowie porozstawiali moje prace i w przestrzeni stworzonej z obrazów prowadziliśmy rozmowy. O Bogu, o aniołach. To były mistyczne doznania. Zasypiali, płakali.
Pytali: – Dlaczego jesteśmy zmęczeni?! Nigdy tak się nie zmęczyłem w więzieniu!
Odpowiadałem: – Bo my tu rozmawiamy z Bogiem. Takie rozmowy są męczące, ale nie dla Boga.

Manifest Maksymiliana Biskupskiego

Sztuka to misja i misterium odnajdywania Boga Ukrytego. Sztuka jest oddychaniem, tworzeniem wieloświatów, w których [artysta – przyp. GM] również poszukuje siebie nieznanego. Czyta siebie i widzi siebie na nowo, przez to STAJE SIĘ, dopełnia o to, czego mu brakowało. Odnajdują się w nim utracone światy, zapomniane chwile, marzenia. Wyobraźnia jak wehikuł czasu przenosi go w przestrzenie nieznane, do których wstępu broni brutalna rzeczywistość. To nie świat wirtualny, [to nie] substytut tego, co nieosiągalne w tym świecie rzeczywistym. Sztuka to głębokie oddychanie, często do bólu, a nawet poza granice wytrzymałości bólu, a wszystko po to, żeby zrozumieć lepiej siebie, siebie niezrozumianego. Sztuka to świat symboli, który porusza ludzką wobraźnie tworząc nieskończone przestrzenie współpracy ze światami niewidocznymi. To świat symboli stwarza możliwość autentycznego DIALOGU człowieka z Bogiem w tej swego rodzaju modlitwie, i Boga z człowiekiem przez sztukę Odrodzonym, bo zmartwychwstałym. Obrzędy, ich symbolika [to] manifestacja siły natury i ludzka manifestacja przynależności do niej, jako jej nierozłącznej części składowej, bez której sens stawania się wszelkich przemian byłby znacznie zaburzony, a niekiedy niemożliwy.
Tak budowały się cywilizacje, i tak odchodziły w zapomnienie, żeby kiedyś na nowo ktoś je odkrył.  Cywilizacyjny zapis Dziedzictwa Kulturowego Świata dokonuje się na naszych oczach. Co po nas pozostanie? Czy sztuka przetrwa ten czas bez Boga, czas hałasu medialnego, fałszu, kłamstw, faktoidów, śmietnika zbędnych informacji, fałszywych proroków i ćwierć-idoli?
[…O ile] kiedyś człowiek próbował naśladować Boga lub poprzez Jego uwielbienie dążył ku Niemu, żeby być przy nim bliżej, […o tyle] dzisiaj człowiek już z Bogiem nawet nie konkuruje, gdyż formalnie Go zabił i wykluczył ze swojego życia.
Czy sztuka swoim działaniem, jako Signum Temporis – znak czasu – przetrwa w stanie czystego pragnienia oddechu wyobraźni? Dla mnie sztuka to wielogłosy. W mojej sztuce niepokornej uobecniam ludzkie cierpienie. Uobecnione wieloświaty anonimowego bólu – to przemilczane światy, w nich odczłowieczony egzystencjalnie człowiek w zaprzeczeniu siebie przemilcza cierpienie drugiego człowieka. To sztucznie wyprofilowane propagandowo myślenie ubezwłasnowolnionego umysłu wyklucza różne wielobarwne i odmienne odczuwanie świata. W tym świecie nie ma myśli o myśli, myślenie staje się przemilczane. Przemilczane stają się słowa, przemilczany staje się realny człowiek, [propaguje się] gotowe schematy, jak grać, żeby zostać bogiem, przemilczane [zaś jest] mówienie do Boga, modlitwa różna dla każdego człowieka. Człowiek nie komunikuje się ze sobą, tylko bełkocze albo gaworzy. A sztuka i jej wielogłosy, to kontemplacja tworzenia Logosu, sylaba po sylabie, zgłoska po zgłosce, składanie i formowanie świata, profilowanie wartości wyższych, w których człowiek doskonali siebie i świat go otaczający. Sztuka jest tym wszystkim.
Dla mnie sztuka to mówienie prawdy o uciekającym do przodu, zrelatywizowanym świecie. O błądzącym i poszukującym człowieku, o Ukrytym Bogu. Sztuka to decyzje i wybory, które dokonują się w nas i poza nami. Wierzę, że Prawdziwa Sztuka dokona prawdziwego i trwałego zapisu tego, co nas otacza, tego, czego pragniemy, i tego, czego się lękamy; i stanie się modlitwą o lepszego człowieka, takiego, który nie konkuruje z Bogiem, który go nie wyklucza i nie neguje. [Modlitwą] o człowieka, który powraca do Boga Stworzyciela, trwając przy nim, i współtworząc, jako twórca, ten lepszy świat dla nas i dla tych, którzy po nas przyjdą. Z nami czy bez nas, świat pójdzie dalej, ale pozostanie SZTUKA, nasze dziedzictwo, niewidzialne linie papilarne Boga Ukrytego – Boga Absolutnego odbite na naszej wiecznie tworzącej się i doskonalącej Duszy.

 

Gabriel Michalik,

Radziejowice, Listopad 2017

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress