Radziejowice to gwarancja jakości – rozmowa z Januszem Olejniczakiem

Jest Pan związany z radziejowickim festiwalem praktycznie od początku. Jak to wydarzenie rozwijało się na przestrzeni lat?

Festiwal się rozrastał. Natomiast od zawsze organizatorzy stawiali na jakość, zapraszali bardzo dobrych wykonawców. Nie działo się tu nigdy nic przypadkowego. Festiwale były zawsze dogłębnie przemyślane jeśli chodzi o repertuar. Bardzo dbano o wszechstronność – było tu trochę jazzu, trochę folkloru, trochę teatru, trochę piosenki aktorskiej. Każdej edycji towarzyszy motyw przewodni. W tym roku jest to twórczość Stanisława Moniuszki, w zeszłym roku była to dla przykładu muzyka polska.

A jak zmieniała się przez te lata radziejowicka publiczność?

Ludzie przychodzili tu chętnie od samego początku i w miarę upływu lat było ich coraz  więcej. W pewnym momencie przestali mieścić się w Pałacu, gdzie odbywały się pierwsze festiwale. Przeniesiono więc koncerty do Nowego Domu Sztuki, ale ostatecznie i on okazał się zbyt mały. Postawiono więc w ogrodzie namiot i tak jest do dziś. Namiot jest wyjątkowy, mamy tu bardzo dobrą akustykę. Publiczność była zawsze wyrobiona. Stałymi bywalcami Radziejowic są między innymi pracownicy szpitala w Grodzisku Mazowieckim. Okazuje się, że połowa szpitala to melomani. Ale przebywający tu artyści wciąż przyciągali rzesze nowych ludzi, którzy chcieli ich zobaczyć na żywo.

Czy z punktu widzenia muzyka ważne jest miejsce, w którym się koncertuje, jego klimat? Jest różnica, gdzie się gra i dla kogo?

To ma ogromne znaczenie. Radziejowice to wyjątkowe miejsce. Mieszkałem przez pewien czas niedaleko, około 10 km stąd. Miałem dom, działkę a i tak przyjeżdżałem do Radziejowic, żeby ćwiczyć, bo tu mogłem się skoncentrować, wyłączyć. Tu byłem w stanie pracować.

Otwarciem tegorocznej edycji festiwalu była transmitowana na żywo audycja radiowa Co słychać? Jest ona emitowana w każdy piątek w Radio dla Ciebie, jest Pan jej gospodarzem, obok Jerzego Kisielewskiego. Lepiej występować w studio, czy na żywo?

Na żywo jest inaczej, trochę teatralnie. W studio jest bardziej intymnie, słuchaczy się nie widzi, puszcza się płyty zamiast samemu grać. Ale obecność żywej publiczności jest zaletą. Kontakt z ludźmi mnie nakręca, napędza emocje. Dawanie, odbiór – to jest taki handel wymienny, korzystny dla obu stron.

Nikt nie wiedział do końca, co usłyszymy w trakcie piątkowego programu… To zamierzony efekt?

My też do końca nie wiedzieliśmy, co zagramy. Pewne rzeczy wyszły spontanicznie, nie było w tym żadnej reżyserii. Oczywiście mieliśmy pewien zestaw materiałów, ale żadnych konkretów nie ustalaliśmy.

Jak ocenia Pan odbiór wyższej kultury w polskim społeczeństwie? Odczuwa Pan jakiś niedosyt?

Nie. Jeżdżę po Polsce i widzę, że jest coraz więcej miejsc, w których można grać. Kiedyś na tak zwanej prowincji nawet gdy była sala i pałac – nie było fortepianu. A teraz w wielu miejscach są warunki do koncertowania, jest instrument, są też odbiorcy. Na początku transformacji obawialiśmy się, że orkiestry zaczną znikać. Jest zupełnie inaczej – powstaje dużo nowych zespołów, młodzież również szuka swoich dróg. Dużo się dzieje.

Jak wygląda sytuacja młodych pianistów? Nowe pokolenia różnicą się od tych sprzed kilkudziesięciu lat?

Na pewno nie jest to zawód, który gwarantuje sukces finansowy. Tylko nieliczni dochodzą do tego, o czym marzyli od dziecka – pracują w zawodzie, koncertują. Fortepian jest dość trudnym i niewdzięcznym instrumentem. W orkiestrze nie ma miejsca dla pianistów. Więc albo się jest pianistą koncertującym, albo też realizuje się jako pedagog, bo oczywiście nauczanie też może być pasją. Ale widzę po młodzieży akademickiej, że bywają sfrustrowani, konfrontacje z rówieśnikami na  konkursach zagranicznych też nie zawsze wypadają tak, jakby sobie życzyli. Są jednak i tacy, którym udaje się realizować swoją pasję.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała – Monika Borkowska

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress